Czandaura jednym skokiem znalazł się znów pod kolumną. Uczynił to w samą porę, bo w tej chwili podwoje chramu rozchyliły się i weszli Izana i Ksingu.

— Najdostojniejszy władco — przemówił pierwszy — poszukiwacze świętego ziela tonga powrócili. Czy dowódca ich, Mahana, może zdać ci sprawę z przebiegu wędrówki?

Czandaura spojrzał na wskazówkę zegara słonecznego, co znaczył czas na bramie gontyny.

— Gdy cień przesunie się na godzinę trzecią po południu, każcie mu stawić się w wietnicy przed moim obliczem. Tymczasem niech pielgrzymi wezmą kąpiel i nasycą głód i pragnienie.

Wodzowie skłonili się i wyszli. Król przez jakiś czas stał niezdecydowany w środku świątyni i spoglądał na zasłonę. Lecz gdy ani jeden fałd jej nie zadrgał i żaden szelest nie przerywał ciszy, opuścił i on przybytek patronki wulkanu.


Powrót tongalerów był zdarzeniem dnia. Wydzierano ich sobie z rąk, zasypywano pytaniami. Każdy chciał przed innymi zaspokoić ciekawość. Jak się okazało, wyprawa natrafiła na przeszkody, które spowodowały opóźnienie powrotu. Drogę wśród górskich parowów w części zalała woda wezbranych strumieni, w części zatarasowały naniesione przez burzę i powódź głazy. Ostatecznie trudności pokonano i zapas zebranego ziela przedstawiał się wcale pokaźnie. Największe wrażenie wywołała wiadomość o spotkaniu z Marankaguą. Członkowie wyprawy, wysłani w góry natychmiast po zapadnięciu w tej sprawie uchwały w wietnicy, nie wiedzieli oczywiście nic o jego ucieczce i szaman również ani słówkiem z tym się nie zdradził. Obecność swą niespodziewaną w górach tłumaczył misją zbadania przesmyków powierzoną mu rzekomo przez Radę Dziesięciu. Spotkanie miało miejsce niedawno, bo onegdaj rano, czyli dwadzieścia osiem dni po zniknięciu czarownika. Marankagua wyrażał się z uznaniem o białym itonguarze i jego pierwszych krokach. Wezwany przez tongalerów do wspólnego powrotu, oświadczył, że musi pozostać jeszcze w górach, by zbadać dokładniej teren przyszłej walki. Znikł im z oczu równie nagle, jak się pojawił. Tylko z naczelnikiem wyprawy miał podobno dłuższą rozmowę, po której Mahana dał hasło do natychmiastowego powrotu.

Takie wieści krążyły po osadzie, zanim przyszło do urzędowej relacji w obliczu króla. Sprawozdanie Mahany nie przyniosło nic nowego, owszem, zdawało się nawet skąpsze w szczegółach. Naczelnik tongalerów rozwodził się szeroko nad trudnościami, z którymi musieli walczyć, i z dumą podkreślał piękne wyniki zbioru, a tylko krótko i mimochodem wspomniał o spotkaniu ze zbiegłym szamanem. Lecz właśnie ten szczegół najwięcej zainteresował młodego władcę. Czandaura kilkakrotnie przerywał mu opowiadanie i wypytywał o słowa i zachowanie się Marankagui. Mahana odpowiadał zwięźle, uporczywie powtarzając to samo.

W końcu król zaniechał indagacji w tym kierunku i zapytał, czy przypadkiem nie spotkali oddziału wysłanego niemal jednocześnie z tongalerami dla przebłagania bogini Pele. Mahana dał odpowiedź przeczącą. Nigdzie nie natknęli na ślad braci-błagalników. Zresztą nic w tym dziwnego, bo drogi ich rozchodziły się już od Doliny Wielkiej Siklawy i biegły w kierunkach wprost przeciwnych. Na tym wyczerpał się temat rozmowy i król dał znak, że posłuchanie skończone. Po odejściu Mahany poprosił Izanę i Atahualpę, by przed wieczorem zechcieli go odwiedzić, a Huanakę, by odebrał od Mahany zapas zebranej tongi i dopilnował złożenia go w spichlerzu obok świątyni boga Oro. Po oddaniu tych zleceń Czandaura opuścił wietnicę i poszedł odpocząć w swym toldzie. Była wtedy godzina piąta po południu.