— Nie, nie! — sprzeciwiła się przerażona — nie mogę tu zostać sama ani na chwilę.

— Więc może odbędziemy tę rewię we dwójkę — zaproponował, nadając słowom ton żartobliwy. — Proszę nie być dzieckiem; taka duża, piękna pani.

— Owszem. Na to się zgadzam.

I wyszedłszy w sień, uchwyciła się mocno jego ramienia.

— Teraz mi raźniej.

Obrzucił drzwi wchodowe i tylne, od ogrodu, stożkiem elektrycznego światła.

— Zakrętki na swoim miejscu — stwierdził. — Więc ptaszek jeszcze nie wyfrunął. Na pewno znajdziemy go w jednej z izb naprzeciw.

— Ma pan broń przy sobie? Może być potrzebna.

Krzepniewski skierował spojrzenie na fuzję swoją w kącie sieni.

— Nabita?