— Oczywiście. Lecz wolę jej nie używać. Mam tu coś lepszego.
Wskazał na kolbę rewolweru, wychylającą mu się z olstra u lewego boku.
— Proszę mieć go na wszelki wypadek w pogotowiu.
— Jak pani uważa — zgodził się i wziął broń do ręki. — A teraz naprzód!
Otworzył drzwi wiodące do pierwszego pokoju po lewej i wszedł z ociągającą się kobietą.
— Kto tu? — zapytał ponownie.
Odpowiedział piekielny hałas w sąsiedniej izbie. Światło latarki puszczone w obieg po ścianach i podłodze oświeciło puste wnętrze. Z wyciągniętym do strzału browningiem przeszedł Krzepniewski do drugiej izby. Lecz i tu nie zastał nikogo. Przez drzwi w głębi wydostali się z powrotem w sień. Drzwi z obu stron były zamknięte, jak przedtem, na zakrętki. Wtedy kobieta przytuliła się do mężczyzny drżąca i blada.
— Tu coś straszy. To jakiś przeklęty dom. Uciekajmy stąd!
Odezwał się przewlekły jęk jesiennego wichru i szum ulewy.
— Dokąd? W tę zawieruchę? Musimy przenocować tu do rana.