Milcząc, poddała się tej decyzji. Wrócili do „swojej” izby. Krzepniewski dorzucił suchych gałęzi do ognia, który buchnął jasnym płomieniem i rozświecił znów zmroczone już wnętrze.
— Może pani trochę odpocznie.
Rozścielił na podłodze swą kurtkę.
— Jest pani znużona przejściami tego dziwnego dla nas obojga dnia.
— Spróbuję, chociaż wątpię, czy mi się uda zasnąć w tych warunkach.
Złożyła w dwoje swą świtkę, umieściła na pęku chrustu niby poduszkę i położyła się na jego kurtce twarzą ku ogniowi.
— Proszę usiąść tu przy mnie — poprosiła. — Będę czuła się bezpieczniejsza i może prędzej zasnę.
Spełnił życzenie i przytoczywszy pień do posłania, usiadł, ujmując jej rękę w swe dłonie.
— Tak dobrze — powiedziała i przysłoniła oczy ociężałymi od senności powiekami. — Straszne ze mnie jeszcze dziecko i bojahuz1, nieprawdaż?
— Jest pani słodką, prześliczną kobietą — odpowiedział, pieszcząc bezwładną jej rękę.