— Co? Komplementy? Proszę się nie zapominać — broniła się resztkami osłabionej przez zmęczenie i emocje woli. Cofnęła rękę i wsparłszy głowę na łokciu, spojrzała w stronę drzwi.

— Chciałem tylko panią uspokoić — usprawiedliwiał się. — Czy wolno mi zapalić papierosa?

— Ależ proszę bardzo.

Gdy wyciągnął papierośnicę i pocierał zapałkę, uczuł, jak chwyciła go nerwowo za ramię.

— Niech pan spojrzy na drzwi, na klucz.

Krzepniewski popatrzył i zauważył, jak duży, tkwiący w zamku od strony wewnętrznej klucz powoli obrócił się od prawej ku lewej.

— Wiatr, przeciąg czy co, u licha? — mruknął i powstawszy, próbował przeszkodzić dalszemu obrotowi.

Lecz nie udało mu się. Jakaś moc silniejsza od niego przekręciła klucz o kąt pełny i z trzaskiem wrzuciła go w zamek.

— Jesteśmy uwięzieni — szepnęła Wanda. — Dlaczego nie uciekliśmy z tego przeklętego miejsca?

— Proszę się uspokoić. Przecież klucz tkwi w zamku po naszej stronie. Mogę drzwi w każdej chwili otworzyć.