— Tuż obok królewskiego, pierwszy na prawo.

— Możesz odejść.

Król raz jeszcze ogarnął spojrzeniem całość sytuacji. Była zadawalająca. Pagórek zajęty przez Jasnych ciągnął się wydłużoną linią kolistą na przestrzeni kilku kilometrów i otaczał podkową obóz Czarnych. Rozmieszczenie wojowników na szczycie wzgórza w odstępach kilometrowych umożliwiło atak koncentryczny z trzech stron.

Całą trudność stanowiła niemożność użycia koni. Teren między wzgórzem a osadą był bagnisty, a ponadto szaniec ochronny przed samym obozem bardzo wysoki. Musieli podsunąć się pieszo i wedrzeć na wał i palisadę.

Korzystając z tego, że księżyc zaszedł na chwilę za chmury, Czandaura dał znak białą chustą. Zwinni jak jaszczurki wojownicy zaczęli spływać trzema strugami ze szczytu wzgórza. Zaledwie znaleźli się poza opiekuńczym żywopłotem mulgi, u stóp pagórka, przypadli do ziemi. Teraz już nic ich nie osłaniało przed okiem wrażych strażników, prócz szeleszczącej cicho trzciny bagiennej i źdźbeł szuwaru. Na czworakach, kryjąc się za pałkami wiszarów, kolbami rogoży, pełzali jak węże. Każda kępa turzycy, każdy ostrów tataraku był ponętną przystanią, gdzie można było na chwilę podnieść głowę od cuchnącego zgnilizną bagna i odetchnąć świeżym powietrzem. Grunt falował jak woda i ustępował pod nogami. Miejscami zapadali po kolana w gęstym, rdzawym błocie. Chmury moskitów cięły bez litości.

W miarę zbliżania się ku szańcowi teren tężał i scalał się. Po półtorej godzinie doczołgali się na suszę. Od wału dzieliła ich tylko kilkumetrowa przestrzeń kamiennego, darnią umocnionego odkosu i nad brzegiem trzęsawiska szumiące zarośla bambusów. Tu przykucnęli dla nabrania tchu. Czandaura, prowadzący oddział środkowy, znalazł się na linii jednej z bram obozowych. Solidna, zbita z krąglaków bukowych, spiętych żelaznymi kunami, zjeżona bolcami ćwieków szczerzyła się naprzeciw jak zły zwierz, gotowy do skoku. Z drewnianych wież obronnych po obu jej stronach raz w raz wychylały się sylwety strażników. Spoza szańca dolatywał zgłuszony szmer głosów i krzyków lub rżenie koni. Czarni mieli się na baczności.

Król otarł pot z czoła i usiadł na podwiniętym poncho. Po chwili przyczołgał się do niego po rozkazy wysłaniec Ngahuego. I jego ludzie byli już naprzeciw jednej z bram. Czandaura pochylił się do ucha wojownika.

— Powiedz wodzowi, by czekał, aż uderzy Atahualpa. Wtedy niech próbuje podłożyć ogień pod bramę wschodnią.

Żołnierz przyłożył rękę do czoła i piersi i popełzał jak wąż z powrotem wzdłuż linii trzcinowego przedpiersia.

Czandaura pchnął Pomarego z rozkazem do Atahualpy na zachodnim skrzydle.