Wśród tego potężna ławica chmur przesłoniła księżyc i oddała ziemię nieprzeniknionym mrokom. Tylko ogniska osady gorzały niby krwawiące rany nocy. Czandaura polecił wydobyć z wojłoków pakuły, kłaki i susz i sam z dwoma najtęższymi zuchami wypełznął z zarośli na podmurowanie szańca. Pozostali mieli w razie zaatakowania go obrzucić obrońców wału strzałami i pociskami. Król i jego dwaj towarzysze przykucnęli we wnęce między bramą a wystającą ścianą szańca, ułożyli stos z chrustu i przepojonych smołą pakuł i czekali.

Czandaurze czas przeciągał się w nieskończoność. Czuł nerwowy niepokój i podniecenie gracza przed rozstrzygającą partią. Czymże było zdenerwowanie, któremu kiedyś, w kraju, ulegał podczas zawodów o mistrzostwo w boksie czy szermierce, w porównaniu z tą grą, w której stawką były losy dwóch plemion, życie Rumi i jego własne? Mimo wszystko może po raz pierwszy w życiu był w swoim żywiole: ruszał się, działał, walczył. Było w tym coś pięknego, coś rycerskiego, coś, co uważał za istotny, właściwy cel swego życia, podczas gdy wszystko inne w nim wydało mu się irracjonalną, śmiesznie głupią pomyłką. Jakiś rys atawistyczny europejskiego konkwistadora odezwał się w nim późnym echem i dopominał o realizację zdobywczych zachcianek. Jak zwykle w chwilach duchowego napięcia przyszła mu szalona ochota do zapalenia papierosa. Absolutna niemożność zaspokojenia jej wprawiła go w stan nerwowego zniecierpliwienia. Wysiłkiem woli powstrzymał się, by nie powstać i zacząć przechadzać się tam i sam pod bramą.

Jakże imponujący kontrast pod tym względem stanowiło zachowanie się obu krajowców. Siedzieli nieruchomo jak posągi, skamienieli w oczekiwaniu na znak władcy. Ani jeden niespokojny gest, ani jeden żywszy ruch nie zdradzał wewnętrznego nastawienia tych ludzi.

Manekiny obowiązku i karności — dziwił się Gniewosz — czy też ludzie bez odrobiny nerwów? A może tylko przedstawiciele wschodniego stoicyzmu starych, wymierających ras? Co za wspaniały spokój i opanowanie! A może... tylko obojętność wobec przeznaczenia?

Po stronie zachodniej osady odezwało się puchanie puszczyka długie, przeciągłe, żałosne. Gniewosz drgnął i wyprostował się. To Peterson dawał znak do ataku. Nie minęła i minuta, a z tej samej strony nadpłynęła wrzawa bojowych okrzyków i szczęk broni. Jednocześnie rozbłysła różowym brzaskiem luna świateł. Atahualpa rozpoczął akcję dywersyjną.

Czandaura skinął na swoich. Skrzesali ognia i zapalili stos. Potężny płomień buchnął w niebo i zaczął podlizywać czerwonymi jęzorami bramę i wieże strażnicze. Dziki ryk Czarnych i ulewa strzał były odpowiedzią. Król wyrwał zza pasa tomahawk i z krzykiem „Naprzód w imię Manu!” runął na wierzeje. Powtórzyły okrzyk setki wojowników i jednym skokiem znalazły się obok niego pod szańcami. Huk siekier skrzyżował się ze świszczącym akompaniamentem strzał i zgrzytem żelaza. Czarni bronili się zaciekle. Napadnięci z trzech stron równocześnie, nie stracili przytomności i stanęli na wysokości zadania. Najzaciętszy bój rozgorzał przy bramie głównej zaatakowanej przez Czandaurę. Nieprzyjaciel wkrótce zorientował się, że akcją kieruje tu sam król, i dlatego tutaj skupił największy odpór. Była chwila, kiedy zdawało się, że Jaśni, prażeni z góry gradem pocisków i parzeni niemiłosiernie wylewanym z wiader wrzątkiem, ustąpią przed furią obrońców. Sytuację ocalił Czandaura. Chmurny, z rozwianym włosem, jak bóg burz, Tawhiri, z krwawą pręgą na policzku, wspiął się zuchwale po drabinie przystawionej do szańca i pierwszy przyłożył pochodnię do ostrokołu. I chociaż udało się Czarnym ugasić ogień w jednym miejscu, za chwilę wdzierał się niszczący żywioł zażegnięty ręką króla gdzie indziej i wieńczył tryumfalnym pióropuszem szczyty palisady. Zachęceni bohaterstwem białego, kolorowi wojownicy ze zdwojonym męstwem przypuścili ponowny atak.

Wtem odpór zelżał. Po szeregach Czarnych przeszedł powiew zniechęcenia. To Ngahue przez wywaloną bramę wschodnią wkraczał do osady i zagrażał obrońcom od lewego boku.

— Niech żyje król Czandaura! — zawyło z setek piersi i pod ciosami siekier runęły zwęglone wierzeje główne.

Wtargnęli do serca obozu. Lecz już i od zachodniego skrzydła pędził dziki popłoch masy czarnych wojowników. I Atahualpa nie chciał pozostać w tyle w godzinę zwycięstwa. I jemu to przypadł w udziale najświetniejszy czyn tej nocy rozstrzygnięć. Po długiej, uporczywej walce położył trupem Tarmakorego. Śmierć króla zakończyła bój. Czarni, zewsząd otoczeni i zdezorganizowani, wywiesili na wietnicy płat czerwonego sukna na znak poddania się.

— Niech żyje Czandaura, król wyspy Itongo! — wołali zwycięzcy.