— Niech żyje! — podjęli okrzyk zwyciężeni.

Lecz oczy wodzów i wojowników na próżno szukały tego, który był przedmiotem owacji. Odezwał się pomruk zaniepokojenia.

— Gdzie król? Gdzie Czandaura?

Atahualpa, choć ranny i pobladły od utraty krwi, wjechał koniem w tłum jeńców i klnąc po angielsku, krzyczał:

— Gdzie król Czandaura, czarni hultaje? Każę was wyciąć do nogi, jeśli włos jeden spadnie mu z głowy!

Aż uspokoił go Pomare, który objąwszy wpół chwiejącego się już na siodle, rzekł półgłosem:

— Król poszedł uwolnić kapłankę Rumi.

Jakoż niebawem z ulicy pomiędzy wigwamami nadjechał Czandaura na białym rumaku. Przed nim na siodle z zasłoniętą zielonym kwefem twarzą siedziała Rumi, za nim ponuro patrząc spode łba szedł pieszo wzięty na lasso Marankagua.

Powitały ich entuzjastyczne okrzyki i szczęk włóczni uderzanych o tarcze.