— Tu, w tym przedsionku — tłumaczył Huanako — kapłani Słońca przywdziewali liturgiczne szaty przed składaniem ofiar na ołtarzu bóstwa. Tu, w tej na pół rozwalonej dziś skrytce, była ich szatnia.

Istotnie portyk od strony wschodniej był zamknięty dwiema ściankami tworzącymi rodzaj zakrystii. Dochowały się nawet szczątki marmurowego fotelu, opartego grzbietem o ścianę.

Czandaura podszedł doń i usiadł. Przymknął oczy. Światło wschodzącego naprzeciw spoza piramidy księżyca oświeciło twarz jego bladą, konwulsyjnie wykrzywioną. Atahualpa pochylił się ku niemu zaniepokojony.

— Co tobie, John? Jesteś chory?

Król podniósł z trudem ociężałe powieki.

— Zdaje mi się. że wkrótce zapadnę w trans. A już myślałem, że życie czynne, które tu prowadzę, uwolni mnie od tych nienawistnych mi stanów. Niestety! Nie tak to łatwo. Może byś mógł mnie w jakiś sposób zasłonić przed oczyma tłumów.

Rumi zdjęła z ramienia swój szafranowy szal i rozpięła go między trzonami kolumn w ten sposób, że zakrył zupełnie siedzącego w fotelu króla. Jego zaś brał już w posiadanie sen coraz głębszy. Przechylił głowę wstecz, ręce opuścił wzdłuż ciała i zapadł w stan niepamięci. Huanako, Atahualpa i Rumi stanęli przed zasłoną na straży.

Wśród Itonganów odezwały się szepty i głosy zdumienia. lecz gdy arcykapłan podniósł rękę, umilkły. Słychać było tylko ćwierkanie koników polnych, idących na spoczynek. Ogromny, srebrny dysk księżyca wytoczył się na niebo i zalał potokami światła krużganek. Na posadzkę rzuciły się skosem cienie kolumn i rozpoczęły powolną wędrówkę...

Zafalowała szafranowa zasłona i między pierwszą parą kariatyd pojawiły się dwa mgliste kształty ludzkie. Były wysokie na dwanaście stóp i głowami sięgały stropu. Twarze wydłużone i szerokie nosy czyniły je podobnymi do menhirów. Zawahały się nad posadzką i ruchem powiewnym posunęły się między kolumnami w stronę piramidy. Za nimi wyrosły z posadzki dwie inne zjawy i poszły za tamtymi. A po tych wyłoniły się znów inne i odpłynęły w ślad za poprzednimi. Tak utworzył się orszak widmowych postaci. Jak we śnie przesuwały się między trzonami filarów, przechodziły przez zasypany odruzgami kapiteli i złomami fryzów podwórzec i wstąpiwszy na stopnie piramidy, rozwiewały się w pełnym blasku księżyca.

— To widma praojców naszych — szepnął Huanako. — To dusze najdawniejszych mieszkańców nie tylko tej wyspy — to cienie może pierwszych ludzi na ziemi. Te czarne, 12-stopowe olbrzymy — to ludzie pierwszej rasy, zwani w starych księgach Rmoahal. Oni to dopuścili się po raz drugi w dziejach ludzkości ciężkiego grzechu, łącząc się ze zwierzęcymi samicami. Stąd wyrosło plemię potworów i obniżyło na wieki całe godność człowieczą. Ci znów czerwonobrunatni — to ludzie drugiej rasy — Tlavatli. A ci w ostatnich szeregach, smukli i kształtni, o orlich nosach i twarzach jak wykutych z brązu — to szlachetni Toltekowie, późniejsi władcy krain Nowego Świata, którzy założyli potężne państwo ze stolicą zwaną przez nich Miastem Złotych Bram.