Powoli pochód fantomów wyczerpywał się. Ostatnie szeregi synów Słońca przeszły aleją kolumn, znikły na stopniach piramidy i znów tylko pusty krużganek z cieniami kariatyd pławił się w zielonawej poświetli.
Czandaura westchnął i obudził się. Ujrzał nad sobą pochylone życzliwe twarze przyjaciół.
— Czyście co widzieli? — zapytał.
— Przeszłość przesunęła się przed naszymi oczyma — odpowiedziała Rumi. — Czyś bardzo znużony, królu?
Pogładził z uśmiechem jej włosy.
— Trochę. Gdy wychylę kubek guarapo, podany przez ciebie, odzyskam siły i będę krzepki jak w dzień wyprawy.
Powstał i podtrzymywany przez Atahualpę poszedł z przyjaciółmi do oczekujących ich rzesz wojowników.
Reszta tej nocy pogodnej i cichej przeszła spokojnie, a gdy brzask zaróżowił wierzchołki lasów, obóz zwycięzców i pobitych ruszył w dalszą drogę do rodzinnego gniazda.
Po powrocie do domu odbył się sąd nad Marankaguą. Czandaura powierzył przeprowadzenie sprawy i wydanie wyroku Radzie Dziesięciu. Nie chciał, by go pomawiano o żądzę osobistej zemsty.