— Czego życzysz sobie, królu mój i panie?
— Przyszedłem powiedzieć ci, Rumi, że jesteś mi droższą nad to królestwo moje i cenniejszą nad życie. Przyszedłem wyznać ci miłość moją.
Zachwiała się jak palma pod ciosem topora. Coś jak jęk cichy, jak kwilenie gołębia wyszło z dziewiczej piersi. Zakryła twarz rękoma.
— Dlaczego mi to powiedziałeś. Czandauro? — poskarżyła się cicho.
— Bo kocham cię, Rumi, i chcę, byś była moją.
Porwał ją w ramiona. Nie spotkał oporu. Rozłożyła ręce ruchem bezbronnego dziecka i przymknęła oczy pełne złotych blasków. Usta jej gorące jak szkarłat kennedii zakwitły uśmiechem rozkoszy, gdy uczuły palący żar pocałunku, a smagłe łono spragnione pieszczot podniosło się łukiem tęsknoty na spotkanie mężczyzny.
— Jesteś silniejszy niż moi bogowie, Czandauro — szeptała, oplatając go ramionami — silniejszy niż cienie praojców, silniejszy niż duchy żywiołów. Jesteś moim przeznaczeniem.
A on, pieszcząc jej piersi soczyste jak owoc gojawy, a wonne jak balsam peruwiański, rzekł mocno:
— Odtąd płyniemy oboje na jednej łodzi. Los mój jest twoim losem, Rumi.
Przytuliła się do niego.