Strażnicy na dźwięk dobrze znanego im głosu odstąpili o parę kroków i podnieśli włócznie wysoko ponad głowami na znak powitania. Czandaura położył rękę na zasuwie drzwi. Nasunęła się szczególna myśl:
Czyżby rzeczywiście tylko dziwny przypadek sprowadził go na to miejsce po tym, co przeżył tak niedawno? A może to nie przypadek? Może przychodzi jeszcze w porę?
Powoli, uśmiechając się, odsunął rygle.
— Królu! — usłyszał głos sprzeciwu jednego ze strażników. — Godzina naznaczona przez sędziów jeszcze nie nadeszła. Północ zaledwie minęła.
Czandaura zmierzył go surowym spojrzeniem.
— Mój brat — rzekł wolno — niech milczy. Nie przystoi żołnierzowi wstrzymywać ręki króla swego i wodza.
Wojownik wyprostował się i jakby skamieniał w pozycji. Król przez chwilę jeszcze wahał się i nadsłuchiwał z ręką na skoblu. Grobowa cisza domu zdawała się go onieśmielać. Wtem w ciszy tej rozległ się dziki, rozpasany do rozpuku śmiech... Odbiły go skały nadbrzeżne, powtórzyły lasy i wchłonęła noc. Czandaura otworzył drzwi.
Na progu oświetlona pełnią księżyca ukazała się postać szamana. Stał wpatrzony błędnie w przestrzeń i znów zaniósł się tym samym okropnym śmiechem. Dookoła niego owinęły się dwa węże: grzechotnik i kobra. Pierwszy, okręciwszy przegubami szyję Marankagui, zawisnął nad jego czołem niby diadem — drugi, nie mniej złośliwy, opasał mu tors i rozwartą do ataku paszczę zbliżał powoli ku piersi. Powtórna salwa śmiechu znać rozdrażniła bestię. Oczy węża nabiegły krwią, ogon miotnął się wściekle parę razy i paszcza przywarła do lewego boku szamana. Z twarzy Marankagui zniknął wyraz obłąkańczej radości, a wypełznął piekielny strach. Z głuchym rykiem rzucił się do ucieczki.
Biegł pędem strzały, spuszczonej z cięciwy, przez chaszcze surmii i drążni, zarośla ramiennic, cierniste kępy mulgi, aż wypadł między skały. Sylweta jego czarna, wyniosła, uwieńczona esowatą linią węży, mignęła na stożkowatym bloku plaży, przerzuciła się nieprawdopodobnie śmiałym skokiem na blok sąsiedni, przesunęła lotem błyskawicy po bazaltowej platformie i runęła w morze. Lecz go nie dosięgła. W drodze ku otchłani oceanu ciało czarownika natrafiło na wystającą z wody kończystą igłę rafy i wbiło się na nią jak motyl na szpilkę.