— Jesteś uparty jak kozioł, John. Cóż mam robić? Rad nierad muszę czekać na to rozstrzygnięcie. Pozostaję.

Gniewosz podziękował mocnym uściskiem ręki. Więcej tej sprawy nie poruszali, lecz od owej rozmowy Peterson gorliwiej niż dotychczas zaglądał do zatoki Szarych Zwisów na zachodnim krańcu wyspy, u podnóża bazaltowych stoków cordillery, gdzie w malutkiej przystani kończył budowę „Markizy”, obrotnego jak fryga, dwumasztowego szkuńca.

O istnieniu statku prócz inżyniera nikt nie wiedział. Zatoka wybrana przez kapitana była mało dostępną tak ze strony lądu, jak morza, a ponadto rzadko odwiedzaną przez krajowców z powodu jakiejś klątwy czy czarów, rzuconych na nią przed laty przez jednego z szamanów. Ta naturalna i moralna izolacja zakątka była Petersonowi bardzo na rękę. Po cichu, ukradkiem zwiózł do nadbrzeżnych grot obrobiony gdzie indziej przez zawodowych cieśli sprzęt i przy pomocy Gniewosza powoli w ciągu lat zmontował kadłub i maszty. W parę miesięcy po wspomnianej rozmowie, jakby przeczuwając wypadki, przyśpieszył wykończenie szkunera. W ciągu kilku najbliższych tygodni rufa, sztaba i śródokręcie zapełniły się nadbudówkami, a na masztach załopotały w powiewach passatu żagle z krajowej tappy, delikatnego a mocnego płótna, wyrabianego z kory papierotki, skropionej klejem.

Kapitan był bardzo dumny ze swej „Markizy” i całe godziny spędzał na jej pokładzie, paląc z fajki wyborny, własnoręcznie zasiany w ogrodzie i wyhodowany tytoń. W czasie tych samotnych sjest w otoczeniu nawisłych dookoła bloków szarego opocza przemyśliwał sytuację. W szczerość podanych sobie przez Gniewosza motywów wierzył. Mimo sceptycyzmu, z jakim zapatrywał się na stosunek przyjaciela do tzw. zaświatów, czuł, że między inżynierem a zbiorowością Itonganów toczy się od lat gra o jakąś wysoką stawkę i że zwycięzcą na razie był stale Czandaura. Z drugiej strony jednak trzeźwemu i praktycznemu pozytywiście przedstawiała się ta gra jako niepotrzebna strata czasu, a jej protagonista, John, zdaniem jego marnował tylko swe siły i zdolności dla egzotycznej chimery. Z całego serca życzył mu rychłej porażki, bo tylko w tym wypadku spodziewał się nakłonić przyjaciela do ucieczki. Planowany przez króla atak na wierzenia i zwyczaje wyspiarzy obudził w nim nowe nadzieje. Peterson był niemal pewny, że tu natrafi Czandaura na prawdziwy opór, który zniechęci go do Itonganów i „popchnie w ramiona Europy”.

Przypuszczenia swoje opierał na bystrej i wnikliwej obserwacji. Uległość Itonganów wobec króla i jego reform wydała mu się pozorną i powierzchowną. Na podstawie tego, co słyszał od Izany, doszedł do wniosku, że wśród krajowców istnieje silna partia opozycjonistów, którą kieruje nieznana czyjaś ręka. Chodziły głuche pogłoski, że w czasie wielkiej kampanii na Czarnych przed laty dziewięciu zaginiony bez wieści zdrajca Mahana żyje i ukryty w górach, stamtąd porozumiewa się z malkontentami.

Bez względu na to, jak miały ułożyć się stosunki między królem a ludem, postanowił Peterson mieć pod ręką gotową do drogi „Markizę”, by w każdej chwili mogła podnieść kotwicę. Na razie wyczekiwał...

Tymczasem zaszedł wypadek, który umocnił kapitana w jego poglądach na sytuację i podwoił jego czujność.

W pewien wiosenny odwieczerz zamknął na wieki oczy arcykapłan Huanako. Śmierć starca była czymś najnaturalniejszym w świecie. Podeszły wiek i żywot pracowity doprowadziły go do zasłużonego dobrze kresu, strojąc wielką godzinę zachodu w blaski pogody i przedwieczornej ciszy. Odszedł syt życia, z uśmiechem na twarzy.

Mimo to już nazajutrz po pogrzebie podniosły się głosy domagające się szukania sprawcy tego zgonu. Bo u Itonganów, podobnie jak u większości ludów pierwotnych, śmierć nie była nigdy prawie zjawiskiem naturalnym. Na umierającym zawsze niemal ciążył gniew potęg nieznanych. Zgon był wynikiem albo złej siły, płynącej od obrażonego bóstwa, albo też czarów, rzuconych przez śmiertelnego wroga.

Wangarua, najstarszy z szamanów i następca Marankagui, przypisywał śmierć Huanaki czarom i w tym kierunku urabiał opinię publiczną przez szereg dni po pogrzebie i stypie. Skutek był ten, że w tydzień po oddaniu arcykapłanowi ostatniej posługi na wniosek niejakiego Arawaki przystąpiono rzeczywiście do szukania rzekomego mordercy-czarownika.