W słoneczny, upalny dzień październikowy w obecności olbrzymich tłumów Wangarua zrobił laską kapłańską głęboki a wąski rowek koło grobu Huanaki, po czym przez dłuższy czas czekał na ukazanie się w nim robaka-przewodnika.

Po upływie trzech godzin, gdy słońce przekroczyło już zenit, wypełzła z grobu glista i powoli zaczęła posuwać się wyżłobioną przez laskę szamańską bruzdą. Gdy dotarła do jej końca, wydobyła się z rowku na powierzchnię poziomu i zmieniwszy kierunek, pełzała dalej pod kątem rozwartym do linii poprzedniej. Wynik obserwacji w ciągu następnych trzech godzin był fatalny. Po przewędrowaniu kilkunastu metrów przestrzeni między fejtoką a pierwszymi domostwami robak zatrzymał się przed toldem Izany; tu wśliznął się z powrotem w trzewia ziemi i zniknął bez śladu. Wśród śmiertelnej ciszy, jaka zaległa wtedy masy zgromadzonego ludu, ogłosił Wangarua wynik magicznego śledztwa: sprawcą czarów rzuconych na śp. arcykapłana, a tym samym jego mordercą, był Izana. Czekała go za to śmierć. O brzasku dnia następnego miał wódz zawisnąć na jednym z drzew otaczających wietnicę.

Gdy Peterson czerwony od gniewu zakomunikował Gniewoszowi wyrok sędziów, król uśmiechnął się lekceważąco.

— Czy sądzisz, Will, że pozwolę na to, by z powodu tego idiotycznego „śledztwa” i jeszcze idiotyczniejszego jego wyniku kilku głupców czy też niezadowolonych ze mnie łajdaków pozbawiło życia jednego z najżyczliwszych nam wśród krajowców ludzi?

Kapitan odsapnął uspokojony.

— To co innego. Zaraz pomyślałem sobie, John, że na to nie pozwolisz. Lecz po jakiego diabła było dopuszczać w ogóle do tego głupkowatego śledztwa? Teraz, ratując tego poczciwca Izanę od niechybnej śmierci, narazimy się na poważny konflikt z przesądami większości.

— Właśnie chciałem wywołać ten konflikt.

Peterson zdębiał.

— A to po co?

— Aby pokazać im swoją siłę. Od dziś rozpoczynam jawną już kampanię przeciw ich zabobonom. Albo one będą rządzić, albo ja.