— Innymi słowy, albo położysz ich wszystkich na łopatki, albo sam kark skręcisz przy tej sposobności.
— Ha, cóż robić — westchnął Gniewosz. — Nie ma innego wyjścia. Va banque90! Na razie wezwij Radę Dziesięciu i lud na zgromadzenie dziś po południu na godzinę piątą. Nad Izaną i jego rodziną roztocz tymczasem troskliwą opiekę. Najlepiej zrobisz, stawiając dookoła jego tolda straż. Sam pójdę do niego natychmiast, by uspokoić jego najbliższych. W całej tej sprawie wietrzę matactwa tego łotra, Mahany, który podobno ukrywa się w górach i podjudza ludzi przeciw nam obu. Ten oszust Wangarua zdaje się być jego emisariuszem. Stąd jego niechęć do wiernego nam Izany. A zatem do widzenia, Will, o piątej na zgromadzeniu! Dobrze by było, gdybyś skupił w odwodzie na wszelki wypadek oddziały wojowników, na których możemy liczyć. Weź sobie do pomocy Ksingu. To dobry i przywiązany do nas chłopak.
— To się wie. Do widzenia, John.
Po odejściu Petersona Gniewosz przywdział swój paradny strój królewski i w asyście przybocznej straży udał się do domu Izany. Już z daleka doszły go głośne zawodzenia kobiet. Na widok zbliżającego się króla krzyki wzmogły się. Z obejścia wypadła Alafa, żona Izany i rwąc włosy, rzuciła się z jękiem do stóp Czandaury. Podniósł ją i pocieszył krótkim słowem:
— Włos mu z głowy nie spadnie.
W drzwiach tolda zastał strażników. Podnieśli włócznie na powitanie. Czandaura zmarszczył brwi.
— Kto was tu postawił? Atahualpa?
— Szaman Wangarua — odpowiedział dowódca straży.
W oczach króla zamigotały błyskawice.
— Kto go upoważnił do wydawania podobnych rozkazów?