Strażnik zmieszał się i przez chwilę milczał. W końcu nie patrząc królowi w oczy, odpowiedział:

— Szaman uczynił to starym zwyczajem na podstawie wyniku śledztwa, odbytego na fejtoce przy grobie Huanaki.

— Milczeć! — huknął Czandaura blady z gniewu. — Kto tu panem? Ja — czy szamani, czarodzieje i inni tym podobni oszuści? Ja was nauczę porządku i posłuchu! — Izany strzec będą wojownicy, których wyznaczy z mojego rozkazu Atahualpa, a wy stąd — precz! Natychmiast! W prawo zwrot i marsz do obozu!

Strażnicy zbici z tropu i przerażeni sprezentowali broń i odeszli. Czandaura wyciągnął obie ręce ku Izanie, który stojąc na progu domu, był niemym świadkiem tej sceny.

— Przepraszam cię, stary druhu, za nieprzyjemności, jakie cię dziś spotykają.

Surowa, podobna do brązowego reliefu twarz wodza ani drgnęła.

— Jestem gotów ponieść śmierć z woli ludu — odparł spokojnie.

Czandaura zrobił niecierpliwy gest ręką.

— Głupstwa plecie mój brat i przyjaciel. Izana żyć będzie jeszcze długie lata i doczeka się wnuków. Jakem Czandaura, król.

— Wola ludu zgromadzonego na sąd na fejtoce jest świętą — upierał się wódz.