W parę godzin później poprzez mroki nocne skradało się ku sadybie króla trzydziestu uzbrojonych wojowników z Arawaki i Wangaruą na czele. Wzgardzona Napo tejże nocy rozpuściła po osadzie wieść o świętokradczych stosunkach króla z Rumi i o stanie brzemiennym upadłej kapłanki. Śledziła ich już od dawna i nieraz widziała, jak Czandaura o późnej nocnej porze wchodził do świątyni Pele. Onegdaj ukryta w krzewach żywoci-słoniorośli nad rzeką ujrzała kapłankę podczas kąpieli. Łono jej było wzdęte cudzołożnym płodem i zdradzało występek.
Mimo spóźnionej godziny słowa Napo rozsypały się po osiedli jak paciorki żałobnego naszyjnika i znalazły posłuch u niezadowolonych. Koło jedenastej w nocy w chacie Wangarui zebrało się kilkunastu ludzi i złożyło radę. Trwała krótko, bo czas naglił. Głową spisku został szaman Wangarua, ramieniem wykonawczym Arawaki. Tej jeszcze nocy przed brzaskiem Czandaura musiał zginąć. Wstające rano miało postawić Itonganów wobec faktu dokonanego. Na następcę króla upatrzono Ngahuego, do którego pchnięto natychmiast gońca z wieścią o zaszłych wypadkach. Jemu też pozostawiono rozprawienie się z Atahualpą. Najważniejszą rzeczą było usunięcie Czandaury. Wangarua nie wątpił, że na wiadomość o jego śmierci wojsko przejdzie na ich stronę i opuści osamotnionego drugiego białego człowieka.
Zagrzani „ognistą wodą” i napojem algarobo, spiskowcy podsuwali się jak gromada wilków do zagrody króla. Sprzyjała im noc czarna niczym kiry żałoby i wicher jesienny, głuszący kroki. Pod samym już toldem Czandaury, przed ogrodzeniem z krzewów kaktusowych i opuncji, przystanęli na krótką naradę. Wangarua z piętnastu ludźmi miał otoczyć dom, zaś Arawaki z resztą wtargnąć do wnętrza.
Ostrożnie otworzyli furtę i wsunęli się żurawiem na tok podwórca. Było cicho. — Uśpiony głęboko dom króla rysował się niewyraźnym konturem w ciemnościach nocy. Napastnicy już mieli się podzielić na dwie partie, gdy drzwi tolda królewskiego zaczęły świecić zielonkawym fosforyzującym światłem. Blask szedł jakby z wnętrza domu, z sieni; przenikał dębowe deski bramy i wyświeca, ją z mroków. Nieznacznie światło skupiło się, wysiąkło z drzwi na zewnątrz i ześrodkowało się nad progiem w kształt ludzki.
Widmo uniosło się lekko ponad ziemią i zaczęło płynąć w powietrzu ku sprzysiężonym. Jego mocne, surowe spojrzenie spoczywało uparcie na Wangarui. Po tych oczach poznali je wszyscy. W dzikim popłochu rzucili się do ucieczki. Z dreszczem grozy zetknęli się twarzą w twarz z tabu władcy.
Czandaura po odejściu Napo zapadł w sen wprawdze głęboki, lecz ciężki i męczący. Śniły mu się jakieś maszkary, larwy krwiopijcze, gniotła piersi i zapierała oddech zmora. Przewracał się z boku na bok, miotał się w łóżku jak ryba we wnyku, lecz nie mógł się przebudzić. Koło północy, zlany rzęsistym potem, uczuł, jak coś w nim rozdwaja się, rozłącza, rozszczepia. Wreszcie z uczuciem ulgi wyzwolił się. Na łóżku przed sobą spostrzegł swoje własne, zmaltretowane okropnie przez nocnicę, biedne, ludzkie ciało. Pożegnał je na chwilę uśmiechem litości, uchylił drzwi i ulegając ciemnemu, nieodpartemu nakazowi, wyszedł przed dom. To go ocaliło...
W parę minut potem obudził się straszliwie wyczerpany i zaczął nasłuchiwać. Ktoś cicho uderzał palcami w szybę. Wyskoczył z łóżka i ściskając w ręku kordelas otworzył okno.
— Kto tam?