— To my, Rumi i Wajmuti. Gonią nas.

Po chwili Czandaura tulił kochankę do piersi. Chwilowe ocalenie jej zawdzięczał tylko Wajmuti, która wyprowadziła kapłankę ze świątyni podziemnym, jej tylko znanym przejściem, zanim gromada dyszących zemstą Itonganów zdołała wyważyć podwoje chramu i wedrzeć się do wnętrza. Lecz przytułek króla nie był pewny na dłuższą metę.

Wiedział o tym Czandaura i bezzwłocznie postanowił porozumieć się z Atahualpą. Należało działać szybko i stanowczo. Zamknął obie kobiety w drugiej, mniejszej izbie od strony ogrodu, zaryglował wszystkie drzwi i pod osłoną przesilającej się nocy wśliznął się do zagrody przyjaciela. Zastał Petersona przy szklance grogu jego własnego wyrobu. Kapitan miał też noc fatalną. Dręczyła go spotęgowana od śmierci Itobi nostalgia i nie dawała mu zasnąć. Topił smutek w kieliszku.

Gniewosz w kilku słowach przedstawił powagę sytuacji. Peterson zaklął z cicha.

— Źle jest, do stu furgonów diabłów, bardzo źle! Ta młoda czarownica umiała wziąć się do rzeczy i zrewoltowała nam ludzi w ciągu kilku godzin. Jeśli nie zawahali się nawet napaść na świątynię, muszą być okropnie podnieceni i rozzuchwaleni. Zaraz wysondujemy rzecz do dna.

Gwizdnął przeciągle. Mata trzcinowa przy wejściu podniosła się i wszedł Ksingu.

— Dzień dobry, przyjacielu! Każ otrąbić poranną pobudkę. Za kwadrans ruszamy. Wezwij do boku królewskiego Czantopiru i straż.

Na twarzy miedzianego wodza odmalowało się silne zakłopotanie. Pochylił parę razy głowę na znak, że zrozumiał, lecz nie ruszał od progu. Czandaura położył mu rękę na ramieniu.

— Wydajesz się zmieszany, Ksingu. Powiedz, co ci leży na sercu.

Wojownik załamał ręce, aż trzasnęły kości w stawach, i wykrztusił zdławionym głosem: