— Przed chwilą Ksingu obchodził z latarnią koszary. Źle się dzieje wśród żołnierzy. Połowa gdzieś zbiegła, a ci, co zostali, zbijają się w gromady i radzą. Bunt w obozie! Musisz, królu, sam zadać kłam wieściom, które ktoś rozpuszcza między ludźmi.
— Ksingu ma słuszność — zaaprobował radę wodza Peterson. — John, trzeba im się pokazać i przemówić. Może uda nam się jeszcze zatamować ruch w zarodku.
Wyszli z tolda i z płonącymi pochodniami wbiegli w sam środek koszar. Czandaura spokojny i opanowany wstąpił na wzniesienie pośrodku obozu. Głos jego doniosły, hartowny jak spiż zaczął znów naginać dusze żołnierzy w krygi posłuchu:
— Wojownicy plemienia Itongo, wodzowie i żołnierze! Nie wstyd wam za lada podszeptem głupiej, mściwej kobiety zapominać o obowiązkach względem waszego króla i wzniecać zarzewie rokoszu? Towarzysze broni i wspólnych bojów, które chwałą okryły imię Itonganów Jasnych i uczyniły z was panów całej wyspy, przyzywam was do swego boku w godzinę buntu i zdrady. Niechaj uszy wasze nie dają przystępu do siebie kłamliwym i oszczerczym pogłoskom. Pomnijcie na nasze wspólne trudy i zwycięskie marsze, żołnierze!
Przeciągły okrzyk entuzjazmu był mu odpowiedzią:
— Czandaura król i jego wódz Atahualpa niech żyją!
Sytuacja chwilowo była ocalona. Pięćset dzielnych, utwierdzonych we wierności ludzi stanęło przy królu. Wzmocnił ich znacznie na siłach zastęp 300 wojowników przybocznej straży, którzy właśnie w tej chwili wmaszerowali na majdan pod wodzą Czantopiru. — Król utworzył cztery oddziały po 200 ludzi i oddał nad nimi dowództwo Atahualpie, Izanie, Ksingu i Czantopiru. Wśród szczęku broni i parskania wypoczętych koni ruszyli dwoma skrzydłami ku rezydencji króla.
Był już świt i pierwsze blaski zarania rozgarniały różowymi palcami ustępujące mgły. Ta część osady wyglądała jak wymarła. Ukazanie się wśród nocy itongo94 króla działało wciąż z siłą odstraszającego czaru; okolicy tolda królewskiego strzegło wciąż potężne tabu95 władcy. Pustymi ulicami przeszli zachodni skraw osiedli i otoczyli opiekuńczym pierścieniem dom króla. Z bijącym sercem Czandaura odryglował wejście i wszedł. Owinęły mu szyję ciepłe, śniade ramiona, spłynął na usta pocałunek przesłodkich warg.
— Rumi!
Dokoła tolda zawrzała gorączkowa praca. Żołnierze kopali rowy i sypali szańce. W paru godzinach dom Czandaury przeistoczył się w twierdzę. Z trzech stron dźwignęły się z poziomu wysokie na 3 metry wały zjeżone palisadą. Strony tylnej, od ogrodu, broniły potężne bloki i złomy bazaltu, stanowiące tu daleko w ląd zapuszczoną awangardę skał nadbrzeża.