Koło południa przynieśli strażnicy wiadomość, że z głębi osady nadciąga silny oddział zbrojnych. Gdy zbliżyli się na odległość rzutu włócznią, dali znak, że chcą wysłać parlamentarzy. Czandaura polecił odpowiedzieć przychylnie. Jakoż weszło na majdan przed toldem buńczucznie dziesięciu wojowników. Prowadzili Amakra i Arawaki. Skłonili się hardo, a czarownik przemówił skrzeczącym, starą srokę przypominającym głosem:
— W imieniu Rady Starszych żądamy od ciebie, Czandauro, wydania wszetecznej kapłanki Rumi, która ukrywa się pod dachem twoim. Jeśli uczynisz zadość naszym żądaniom, będziesz władał Itonganami do końca dni twoich w pokoju i ciszy.
Król uśmiechnął się wyzywająco.
— A co będzie, jeśli zuchwałych życzeń waszych nie zaspokoję?
— Będzie rozlew krwi bratniej niepotrzebny, Czandauro. Ngahue stanie na pewno po naszej stronie, gdy pozna przyczynę zatargu z królem. Nas już jest teraz parę tysięcy, a was — garść drobna. Wydaj nam bezbożną Rurmi!
Czandaura przybliżył ku czarownikowi twarz zmienioną od gniewu i pogardy.
— Wam wydać Rumi? Wam, głupcom i okrutnikom, powierzyć kwiat krwi królewskiej? Nigdy! Plunąłbym sobie samemu w twarz, gdybym to uczynił. Raczej zginąć.
Amakra cofnął się mimo woli o parę kroków przed furią króla.
— Czy to twoje ostatnie słowo dla nas, Czandauro?
— Usłyszałeś je.