Wśród grobowej ciszy delegacja opuściła podwórzec. Kości były rzucone. Koło czwartej po południu wysłany na zwiady Czantopiru przyniósł wiadomość, że rokoszanom przybyły nowe posiłki. Zaginiony od lat Mahana wypłynął znów na powierzchnię i wyszedł z komyszy górskich, prowadząc ze sobą oddział złożony z trzystu ludzi. Zła wieść rozniosła się po obozie królewskim z chyżością zarazy i zmroziła serca. Duch załogi zaczął słabnąć i chwiać się...

Wieczorem o zmierzchu dnia tego w środkowej izbie tolda siedziało przy stole czworo ludzi: Gniewosz, Peterson, Rumi i Wajmuti. Przygnębiający nastrój unosił się w atmosferze wnętrza i dławił jak zmora. — Milczeli. Każde z nich jakby bało się, by pierwsze wypowiedziane słowo nie stało się krystalizacją ponurej prawdy. Aż kapitan zdecydował się na wyłom:

— No cóż, John, czasy nareszcie dojrzały, co? Nie ma chyba nad czym dłużej deliberować. Sytuacja jasna.

— Gdybym mógł liczyć na Ngahuego... — bronił resztką sił swej pozycji Gniewosz. — Gdybym mógł...

— Lecz nie możesz. Wiesz o tym doskonale, że nie możesz. To zacofaniec i fanatyk pierwszej wody. „Markiza” od trzech dni gotowa do odlotu. A zatem dziś w nocy, co?

Gniewosz zapytał spojrzeniem Rumi. — Wyciągnęła ku niemu ręce. Pochwycił je i przycisnął do ust.

All right, John — rzekł z uznaniem kapitan. — Zaczynasz znów być Europejczykiem.

Rumi objęła tkliwym spojrzeniem piastunkę.

— A ty, Wajmuti? Pojedziesz z nami?

Strażniczka ognia wieczystego potrząsnęła smutno głową.