— Jesteśmy na ścieżce. Teraz ty, Will, prowadź do twojej „Markizy”. Jak daleko stąd jeszcze do zatoki Szarych Zwisów?
— Pół mili morskiej, nie więcej.
— No — to niedaleko.
Przepuścił mimo kapitana i ujął mocno pod ramię Rumi. Ruszyli. Peterson przodem jako przewodnik, Gniewosz z Rumi o kilka kroków za nim. Noc była ciepła, księżycowa i jasno było jak w dzień. Ścieżka wąska, słabo udeptana wiła się niepewnymi skrętami między linią pandanowej puszczy a blokami nadbrzeżnych skal. Szum morza wdzierającego się co chwila w zazębienia lądu towarzyszył im bez przerwy. Szli szybko, myślami wyprzedzając drogę. Gniewosz układał plany na przyszłość i usiłował rozwiązać problem utrzymania siebie i Rumi po powrocie do Europy. Peterson przemyśliwał tymczasem nad planem ruty morskiej, która miała ich zaprowadzić do najbliższego portu Ameryki Południowej, Valparaiso lub Punta Arenas. Kapitan był w wyśmienitym humorze i po cichu błogosławił „tej pięknej czarownicy Napo”, której zawdzięczał ten szczęśliwy zwrot w sytuacji.
Tymczasem Rumi, wsparta na ramieniu Gniewosza, szła rozmarzona, jak w transie. Nawał cisnących się wrażeń chwili i perspektywa dni przyszłych odurzały ją jak narkotyk i wytrącały z równowagi. Co chwila spoglądała na ukochanego, z którego twarzy czerpała otuchę i moc wytrwania.
— Hulloch! — zabrzmiał na którymś odcinku drogi głos Petersona. — Najdalej za dziesięć minut jesteśmy na pokładzie „Markizy”.
— Kochany Will, jesteś teraz panem naszego życia i śmierci — odkrzyknął mu Gniewosz. — Czuję już, czuję szeroki oddech morza.
Były to ostatnie słowa, które z sobą jeszcze zamienili. Ledwie zamarło ich echo pośród gęstwy boru, piekielny huk wstrząsnął ciszą nocy. Ziemia zafalowała i ponad czarną ścianę puszczy trysnęła ku niebu siklawa ognia.
— Rotowera! — szepnęła Rumi i okrutne zwątpienie zatopiło zatruty szpon w jej sercu.
Potworny grzmot i wstrząs wywrócił wszystko na ręby. Olbrzymi blok skalny wyrzucony silą tytana z posady wybrzeża zatarasował im drogę i odciął ich od kapitana.