Odtąd odbywali wspólne przechadzki. Zrazu po Leśnej, potem, gdy nastały piękne dni letnie, dalej, poza miasto, aż do olchowego gaju. Ludwika lubiła, gdy opowiadał jej o sobie. Nazwisko jego było jej znane ze wzmianek w dziennikach i sprawozdań Towarzystwa Psychiatrycznego, które od czasu do czasu przeglądała. Jego właściwości mediumiczne widocznie ją żywo zainteresowały i prosiła o szczegółowe przedstawienie sobie ich ewolucji. Gniewosz czynił to niechętnie i nie ukrywał przed nią wcale, że zwalcza w sobie mediumizm, który uważa za swego największego wroga. Wobec tego przestała później nalegać i rozmowy ich przybrały charakter pogodniejszy. Pewnego razu z odcieniem wahania zapytała, czyby nie wziął jej z sobą na grób Krystyny. Propozycja wzruszyła go.
— Jaka pani dobra! — rzekł wdzięczny z głębi serca.
Gdy wracali z cmentarza, po drodze wstąpił do kwieciarni i kupił dla niej róże. Przyjęła z błyskiem radości w oczach. Potem nagle posmutniała. Dotknął łagodnie jej ręki.
— Nie potrzeba o tym myśleć. Przyjęła pani te kwiaty od przyjaciela. Ona tego nie weźmie za złe.
Pokraśniała i pochyliła głowę. Duża, cicha łza stoczyła się powoli po policzku.
— Na miły Bóg! — zawołał porywczo. — Nie mogę patrzeć na łzy pani, panno Ludwiko!
— Już przeszło — uspokajała go, uśmiechając się blado.
Wieczór ten jeszcze bardziej zbliżył ich ku sobie. W sierpniu złożył Gniewosz oficjalną wizytę w domu jej ciotki, p. Zwisłockiej. Staruszka przyjęła go serdecznie. Słyszała już o nim wiele od bratanicy.
Odtąd był stałym gościem w domu przy Alejach Ujazdowskich. Dzień 10 września rozstrzygnął o ich losie. Tego popołudnia przyszedł Gniewosz wcześniej niż zwykle, bo mieli pójść razem do teatru. Ludwika powitała go smutna i zamyślona. Zapytana o powód, podała mu list z pieczęcią z Sydney. Przeczytał. List był od jej matki. Pani Cecylia Krzemuska donosiła o niebezpiecznej chorobie męża i wzywała córkę do powrotu.