You have a very pretty wife21 — wyznał mu raz na pokładzie jakiś siwowłosy, poczciwie wyglądający gentleman. — You happy man22.

Przyjęli te słowa jak od ojca, z życzliwym uśmiechem.

W Aleksandrii zabawili dłużej; okręt pasażerski „The Conqueror”23, którym mieli odbyć dalszą podróż, odchodził do Australii dopiero za trzy dni. Lecz na wycieczkę w głąb lądu nie było czasu. Zresztą Ludwika czuła się trochę zmęczona i wolała odpocząć. Zwiedzili tylko Kair.

Tu spotkała Gniewosza niezwykła przygoda. Po obejrzeniu wszystkich osobliwości miasta wstąpił z Ludwiką do jednej z kawiarń nad Nilem, by posłuchać wieczornego koncertu. Usiedli pod grupą palm, które rozwachlarzały się nad kawiarnianym dziedzińcem. Grała orkiestra artystów zbieranej drużyny. Obok krajowców o wydłużonych, trochę ptasich profilach widziało się twarze Arabów, Turków, Żydów, Syryjczyków i Murzynów.

Muzyka, na ogół hałaśliwa, utrzymywała jednak linię stylu: przewodni motyw orientalnej melancholii przepalającej się w żarze namiętnych wybuchów.

Podczas jednego z antraktów wszedł hinduski fakir z małym, może 10-letnim chłopcem. Rozesłał w pośrodku dziedzińca kilimek i usiadłszy w kuczki, rozpoczął swoje sztuki.

Były typowe, Gniewoszowie znali je z opowiadań i lektury. Najpierw doprowadził w ciągu dziesięciu minut nasienie jakiejś egzotycznej rośliny zasadzonej w wazoniku kolejno do stanu kiełkowania, pączkowania i rozkwitu. Potem popisywał się słynną na Wschodzie sztuką z liną zawieszoną w powietrzu, po której wspinał się jego nieletni pomocnik. Wreszcie przygrywał do tańca na fujarce wężom.

Posypały się oklaski i pieniężne datki. Gniewosz ze sceptycznym uśmiechem przypatrywał się tym łamańcom. Jeżeli była w tym wszystkim krzta prawdy, lekceważył fakira tym bardziej. Nie lubiał ludzi handlujących rzeczami nadprzyrodzonymi, pogardzał nimi jak szarlatanami. Starzec zdaje się zauważył to. Oko jego czarne, spokojne, beznamiętne parę razy spoczęło na inżynierze i jego żonie. Za to inni okazywali mu pełny podziw i uznanie. Odszedł z chłopcem zadowolony z efektu.

Muzyka zagrała taniec derwiszów. Koło jedenastej wieczorem Gniewoszowie powrócili do siebie do hotelu, odległego od kawiarni o kilkanaście kroków. Ludwika, wyczerpana wrażeniami dnia, usnęła natychmiast, Gniewosz usiadł w podcieniu otwartej werandy i wsłuchiwał się w głosy nocy.

Opodal szemrały fale Nilu, z dala dochodziły krzyki kłócących się w nadbrzeżnej knajpie marynarzy, na piętrze ktoś brząkał nieśmiało na strunach egipskiego sistrum24...