— A jednak trzeba koniecznie — mówiła z uśmiechem na pół smutnym, na pół zalotnym.
— I chce to pani uczynić dla mnie jako dla przyjaciela?
— Może nie tylko dla przyjaciela.
Zarumieniła się cudownie.
Gniewosz, nie władnąc sobą, objął ją wpół i przycisnął do piersi.
— Ludwiko! Ludwiko najdroższa, chcesz zostać moją żoną?
Na ustach jej pocałunku spragnionych znalazł milczącą odpowiedź...
W parę dni potem w kościółku parafialnym Św. Szymona odbył się ich ślub. A nazajutrz odjechali ekspresem na Wiedeń.
Nie zatrzymali się nigdzie dłużej, bo zależało na pośpiechu. Jedną noc spędzili we Wiedniu, drugą w Trieście i tu wsiedli na parowiec zmierzający do Aleksandrii. Żegluga po Morzu Śródziemnym miała przebieg pomyślny. Pogoda dopisywała. Statek kołysany łagodną falą mknął ku brzegom Afryki w rytmach spokojnych. I gdyby nie myśl o ciężko chorym ojcu, byłaby się Ludwika czuła doskonale szczęśliwą. Wypiękniała jeszcze w tym czasie, rozkwitła pełnią niewieściej krasy. Smukłe, dziewicze jej ciało dojrzało w słońcu małżeńskich pieszczot i nabrało kształtów miękkich i rozkosznych. Nieraz z dumą widział Gniewosz, jak gonią za nią pożądliwe lub pełne adoracji spojrzenia młodych mężczyzn.