— Z rady twojej niestety skorzystać nie mogę. Nie zejdę z obranej drogi.

Wyciągnął rękę na pożegnanie. Fakir dotknął jej lekko końcami palców i odszedł w ciemność.

Gniewosz oparty o balustradę werandy przez chwilę wsłuchiwał się w ciszę nocy. — Słowa starca wplatały się w nią powoli niby senny haft — kapryśne, irracjonalne, nierzeczywiste. Niby ostatnie, bezsilne echo spraw, które były już poza nim. Czuł się wobec nich silny i opancerzony. Przeciągnął się znużony, ziewnął i zaśmiał się cicho. Odpowiedział mu plusk wiosła i zabłąkany wśród nocy fragment melodii. Ktoś przepływał obok i nucił pogodną, beztroską piosenkę.

Gniewosz odsunął kotarę u wejścia i zajrzał w głąb. Po twarzy jego rozlał się wyraz rozrzewnienia. Na otomanie w dyskretnym blasku matowej lampy spała Ludwika.

Zwinięta w kłębek, z ramieniem prawym podłożonym pod głowę, w złotych lokach, z twarzyczką drobną, dziewczęcą, była jak dziecko uśpione przez piastunkę jakąś cudowną bajką...

Bez szelestu rozebrał się, zgasił światło i położył się obok niej na macie. Oddech jego wkrótce skojarzył się i zrównał z jej oddechem...


Nazajutrz rano „Conqueror” podniósł kotwicę. Czas był pogodny, słoneczny. Poranna bryza trzepotała wstążką bandery patronującej okrętowi na maszcie przednim. Parę egipskich flag zahisowanych26 w porcie pożegnało suwerenny statek hołdowniczym pokłonem. Wzięto kurs na Suez.

Podróż kanałem i Morzem Czerwonym odbyła się spokojnie. Koło przylądka Guardafui wskutek gęstej mgły omal nie przyszło do katastrofy. Tylko dzięki przytomności umysłu kapitana Petersona uniknięto zderzenia z paquebotem27 francuskim, powracającym do ojczyzny z Madagaskaru.

Wpłynęli szczęśliwie na roztocza Oceanu Indyjskiego. Zaczął wiać łagodny passat. Wsparci o burtę ramię przy ramieniu, Jan i Ludwika spędzali dnie całe na pokładzie. Od morza szedł na nich czar i zaduma bezkresów. Godzinami stali wpatrzeni w ciemnoszafirowe rozłogi. Spokój wielkich wód kołysał dusze w hamaku ukojenia. Śnili na jawie. Rzeczywistość przesłaniała im przędza marzenia.