Statek minął Cejlon i zmierzał w kierunku południowo-wschodnim, ku Australii. Weszli w strefę tropikalnych upałów. Ludwika znosiła je z trudnością, posyłając pochylonemu nad jej leżakiem mężowi znużone od skwaru uśmiechy. W cieniu rozpiętej opiekuńczo pomarańczowej umbrelli twarz jej wydała mu się drobniejsza jeszcze i jakby oddalona. Brał jej rękę w swe dłonie i gładził pieszczotliwie.

Courage, madame28! — pocieszał, przechodząc mimo, kapitan Peterson. — Spodziewamy się odmiany.

Jakoż przyszła. Nazajutrz od rana dął silny, chłodny wiatr. Opływali wtedy południowo-zachodni cypel Australii. Koło południa dma spotęgowała się, horyzont zasnuł chmurami i lunął ulewny deszcz. Marynarze nadzy po pas wystawiali z rozkoszą zbrązowiałe ciała na działanie deszczu. Wieczorem wypogodziło się. Nad statkiem wysklepiło się gwiaździste podzwrotnikowe niebo, przeżegnane szerokim rozmachem Południowego Krzyża. Noc tę przespała Ludwika na pokładzie.

W ciągu najbliższych dwóch dni żegluga miała przebieg normalny. Na wysokości Wysp Kangurowych barometr zaczął gwałtownie spadać. Wśród załogi dało się odczuć lekkie podniecenie. Przestwór zaległa duszna, przyczajona cisza. Zbliżał się cyklon.

Peterson zeszedł do kotłowni i długo konferował z palaczami. Po powrocie na pokład twarz miał zimną, skupioną. Gniewosz zauważył, że tłoki pracują ze zdwojoną siłą, a okręt zbacza wprost na południe.

— Nie zawiniemy po drodze do Melbourne? — zagadnął kapitana.

— Nie. W czas sztormu na pełnym morzu „miękko”. Wolę nawet opłynąć Tasmanię, niż dostać się w szpony huraganu niedaleko wybrzeża. Byle tylko nie wpaść w jego „oko”.

Wieczorem zerwały się pierwsze podmuchy i zalały pokład wielką falą. Pasażerowie pochowali się po kajutach. Skończyła się morska sielanka, przemówił żywioł. Peterson noc całą nie schodził z wyżki29. W przerwach pomiędzy jednym a drugim atakiem grzywaczy głos jego spokojny, opanowany grzmiał donośnie przez megafon.

„Conqueror” heroicznie zmagał się z nawałnicą. Chyżość jego spotęgowana przez napór wiatru z rufy doszła nad ranem do wymiarów fantastycznych. Statek leciał po falach, nie płynął. Koło południa podoficer obsługujący aparat radiotelegraficzny przy wyznaczaniu położenia okrętu ze zdumieniem stwierdził, że znajdują się o parę mil morskich na południowy wschód od Tasmanii. Kapitan polecił zrobić zwrot przez sztag30 i skierować statek dziobem na północ. Był to ostatni manewr, na który zdobył się jeszcze „Conqueror”. Odtąd stał się igraszką tajfunu. Miotany jak piłka przez rozhukane wały pędził z zawrotną szybkością w nieznanym kierunku. Rozpętany żywioł wytrącił z rąk ludzkich wszelką inicjatywę. Unosił w nieskończone dale. Rwał ku tajemniczym przeznaczeniom. Orientacja była niemożliwa.

Po pięciu dniach szaleńczej galopady raczej intuicją niż drogą obliczeń i pomiarów doszedł kapitan do wniosku, że pędzą jak opętani po podzwrotnikowych wodach Pacyfiku, na południe od Archipelagu Polinezyjskiego. Następnego dnia statek, przemykając jak potępieniec mimo jakiejś zabłąkanej w pustyni wodnej rafy atolu, zaczepił kilem o wystającą z jej calizny ostrogę. Zachrobotało coś straszliwie pod kadłubem i „Conqueror” śmiertelnie raniony przechylił się na bok. Awaria musiała być znaczna, bo parowiec nagle stracił dotychczasową chyżość i zaczął słaniać się. Woda gwałtownie wdzierała się do rozprutych jego wnętrzności.