— Do pomp! — zagrzmiał rozkaz kapitana.

Rzucono się do wyczerpującej, bezpłodnej pracy. Po sześciu godzinach woda wtargnęła do kotłowni i pozalewała paleniska. Zbliżał się koniec.

Radiotelegrafista Sleet wysyłał ostatnie rozpaczliwe depesze błagające o pomoc. Spuszczono jedyne dwie pozostałe jeszcze szalupy ratunkowe. Wypełnili je podróżni tak szczelnie, że od razu groziły wywróceniem. Załoga z kapitanem pozostała na pokładzie.

— Starajcie się jak najdalej odsadzić się od okrętu! — krzyknął Peterson przez tubę do kierowników szalup.

— A pan tu jeszcze, inżynierze? — zdumiał się w następnej chwili, spostrzegając Gniewosza, który wynosił z kajuty na ramionach omdlałą żonę.

— Chciałem ją ocucić — tłumaczył się inżynier — i dlatego tymczasem wyprzedzili nas inni. Czy nie ma już dla nas miejsca?

Peterson zwrócił się do ludzi w bliższej statku szalupie, która właśnie odbijała od burty:

— Halo! Brown! Miejsce dla jednej kobiety!

Odpowiedziały mu głosy protestu.

— Rzuć im ją pan do łodzi, dopóki to jeszcze możliwe! — krzyknął Peterson — Sternik Brown ją przyjmie. Liczę na niego. Rzuć ją pan, póki czas!