— Ludka nie żyje! — przerwała drętwotę półuśpienia pierwsza zła nowina. — Nie żyje!
Zwinął się w sobie od bólu jak robak i znów zamknął oczy. Lecz raz puszczony w ruch aparat myśli nie próżnował: wysnuwał nowe przędziwa:
— Dlaczego nie zginąłem wraz z nią? Może lepiej było nie rzucać jej do szalupy?
Dopiero teraz uświadomił sobie ból w prawym ramieniu, przywiązanym do czegoś twardego. Spojrzał dookoła. Morze. Bezmiar rozkołysanych wód. Pogoda. Słońce w zenicie. Pustka.
Wykręcił z trudem głowę na prawo, w stronę obolałego ramienia, i zobaczył fragment okrętowego mostku bujający wraz z nim na powierzchni oceanu.
Ktoś mnie przywiązał do bariery wyżki — pomyślał. — Prawdziwie niedźwiedzia przysługa.
— Peterson! — zawołał nagle, odtwarzając w pamięci ostatnie chwile statku. — Dzielny Peterson — powtórzył ciszej.
— Good morning31, inżynierze! — usłyszał tuż za sobą głos kapitana. — Jak się pan czujesz po całonocnej żegludze?
Gniewosz nie wierzył uszom.
— Mam halucynacje pod wpływem pragnienia i gorączki. Koniec już niedaleki — tłumaczył sobie, zasłaniając wolną ręką twarz przed okrutnymi pociskami słońca.