Rzut fali, choć łagodny, oszołomił ich. Leżeli na płaskoci długie godziny bez pamięci. Słońce dawno już przeszło zenit, gdy kapitan Peterson pierwszy zaczął dawać słabe oznaki życia. Otworzył obrzękłe, przekrwawione oczy, odetchnął głęboko i spojrzał przytomnie. Uczuł pod sobą ziemię. Świadomość stałego punktu zaczepienia podziałała wzmacniająco. Dźwignął się trochę i oparł na łokciu. Wtedy spostrzegł o parę kroków od siebie rozciągniętego na piasku Gniewosza. Dzieliły ich roztrzaskane na drzazgi szczątki kapitańskiego mostku. Liny, którymi byli przywiązani do żelaznej jego bariery, zwisały im teraz z rąk poprzerywane jak nici. Peterson dziwił się celowości faktu. Mostek spełnił sumiennie swe zadanie aż do końca. Gdyby nie tych parę desek z kawałkiem zgiętego żelaza i tych kilka skrętów sznura...

— Hallo! inżynierze! Żyjesz jeszcze?

Potrząsnął silnie ramieniem towarzysza. — Nie było odpowiedzi.

— Do diabła! — zaklął. — Przetrwać tyle i w ostatniej chwili drapnąć na tamten świat — to byłoby głupio. Nie uśmiecha mi się perspektywa pobytu w pojedynkę na odludnej wyspie. Trzeba go ratować. Może jeszcze dyszy.

Przyczołgał się do Gniewosza i przyłożył mu ucho do piersi. — Słabo, jak utajone w głębinach dalekie źródlisko, biło serce.piersi.

— Żyje!

Ułożył go na wznak i rozpoczął akcję ratowniczą. Rytmiczne ruchy ramion stosowane umiejętnie odbierały powoli ciału sztywność martwoty. Policzki inżyniera powlokły się brzaskiem życia. Odetchnął z głębi piersi i obudził się.

How do you do, old fellow?32 — przywitał go serdecznie Anglik.

Gniewosz uścisnął mu w milczeniu dłoń. Był za słaby, by odpowiedzieć.

— Żałuję ogromnie, że nie mam odrobiny whisky pod ręką — ubolewał Peterson. — Zaraz by pana postawiła na nogi. Hulloch, nie jesteśmy tu sami! Co to za diabły?