— Z tonu wnoszę, że nie żywisz pan z tego powodu szczególniejszej dla mnie wdzięczności. Co prawda, ma pan słuszność. Sytuacja nie do pozazdroszczenia. Tak — to ja.
Znów umilkli wyczerpani. Słońce doskwierało coraz nieznośniej. Głód i pragnienie szarpały wnętrzności. Gniewosz chwilami tracił przytomność.
— Przypuszczam, że wkrótce już skończy się ta głupia farsa — odezwał się po paru godzinach męczarń Peterson. — Nie wytrzymamy już długo. Głód skręca mi kiszki nie na żarty. Zresztą liczę na pomoc rekinów. I tak cud to prawdziwy, że dotychczas nas nie wywęszyły.
Gniewosz nie odpowiedział. Był już na to za słaby. Zobojętniał na wszystko i z minuty na minutę wyglądał zbawczych cieni śmierci.
Po południu powiała orzeźwiająca bryza. Lekko wzdęta fala poczęła unosić.
— Hulloch! — usłyszał Gniewosz wieczorem radosny okrzyk kapitana. — Hulloch! Inżynierze! Ląd, ląd na czołowym nurcie! Ster na burtę! Wyrównaj kurs!
— Zwariował — pomyślał resztkami świadomości Gniewosz. — Pomieszały mu rozum głód i gorączka.
Jakaś wielka zwarta fala chwyciła szczątki mostku z rozbitkami w opiekuńcze ramiona, podniosła wysoko ponad roztocz i łagodnie złożyła na piasku wybrzeża...