Peterson mówił prawdę. Krajowcy zatrzymali się, a ich przodownik dawał rozbitkom jakieś znaki.
— Aha — wywnioskował kapitan — zaczynają pertraktować. To co innego.
I spuścił browning. Odległość dzieląca ich wynosiła najwyżej pięćdziesiąt kroków. Rozróżniali już dokładnie twarze i głosy. Wyspiarze naradzali się widocznie nad metodą dalszego postępowania. Decyzja zapadła wkrótce. Naczelnik oddziału, wysoki, kształtnie zbudowany mężczyzna, odłączył się od towarzyszy i odrzuciwszy daleko od siebie broń, zbliżał się ku białym z wyciągniętą życzliwie ręką. Kapitan oddał browning Gniewoszowi.
— Zostań pan z tym na miejscu w odwodzie, gotów jakby w każdej chwili do zrobienia z broni użytku. Pogadam sobie z tym gentlemanem samowtór. Znam trochę język polinezyjskich dzikusów. Bo przypuszczam, żeśmy wylądowali na jednej z wysp Oceanii, chociaż dalibóg to skaliste odludzie nie przypomina mi żadnej z poznanych przeze mnie w ciągu trzydziestu lat włóczęgi po tych zakazanych wodach.
Tymczasem kolorowy wojownik podszedł na odległość paru kroków. Na twarzy jego orlikowatej, jak z brązu wykutej, drzemał cień uśmiechu: smutna, mądra wesołość ludzi starej rasy na wymarciu.
— W imieniu władcy tej ziemi — przemówił śpiewnym głosem — króla i pana mego Atalangi pozdrawia was, bladzi przybysze, Izana, wódz plemienia Itonganów. Niech łaska bogów i aumakna33 zmarłych włodarzy tej wyspy spłynie na was ożywczą strugą, niby mleko słodkiego figowca, a złośliwe widma taberanów34 omijają z daleka progi waszych domów. Witamy was, rozbitkowie z nieznanych stron, niebaczni na to, czy wyrzuciło was morze z woli duchów, czy też zesłał was nam kapryśny przypadek na przekór zrządzeniom wyższym swywolący.
Peterson potrząsnął mocno wyciągniętą ku sobie rękę wojownika.
— I my witamy cię, Izano, wodzu wielkiego Atalangi, i upewniamy was, że życzliwe przyjęcie, jakiego się tu spodziewamy, znajdzie wdzięczne echo w sercu najmiłościwiej nam panującego króla imperium Wielkiej Brytanii, władcy wielu ziem, wysp i ludów na wschód i zachód od wielkiej słonej rzeki.
Na ustach Izany zarysował się odcień ironii. Zmierzył obdartych, wycieńczonych do ostateczności rozbitków lekceważącym spojrzeniem.
— Na wdzięczność niczyją nie liczymy. Spełniamy tylko wolę króla Atalangi, który polecił zaprowadzić was do punhonua, czyli domu dla prześladowanych przez złośliwość losu. Rada starszych rozstrzygnie o reszcie.