Przyniósł prowianty z okna i wyciągnął się na podłodze, opierając ramieniem o pień.
— Proszę zająć się łaskawie podziałem środków żywności; tylko sprawiedliwie, bardzo proszę — dodał, spostrzegłszy, że co lepsze kąski przeznacza dla niego. — Mamy jeszcze w odwodzie puszkę sardynek. Zaraz otworzę.
Przy pomocy klucza odwinął blaszaną przykrywkę.
— Trzeba to zapić winem.
Podał jej pękatą, skórą obszytą manierkę z kubkiem wkręconym na szyjce.
— Tokaj? — zapytała, nalewając ostrożnie.
— Tak.
— Wyborny! Od razu czuje się dobrą, starą markę.
— I dlatego wypiła pani tylko do połowy?
— Połowę zostawiłam dla pana. Może się pan mnie brzydzi?