— Izano — rzekł Peterson — wysłanniku króla Atalangi, idziemy za tobą, ufni, że punhonua Itonganów użyczy nam schronienia i opieki przed mocami zdrady i niedoli.

Twarz Izany rozjaśniła się.

— I nie zawiedziecie się. Odpoczniecie przez noc, pokrzepicie ciała jadłem i napojem, a jutro na Radzie Starszych usłyszycie wolę króla. Teraz chodźcie za mną.

Odwrócił się do nich plecyma i ruszył ku swoim w głąb wyspy.

Gniewosz i Peterson poszli za nim, zachowując pewną odległość. Wkrótce skrawek piaszczystego strądu, na który wyrzuciło ich morze, wbiegł klinem w caliznę wyspy i skończył się. Teraz droga wiła się krętym parowem pomiędzy bazaltowymi skalami. Czasem przechodziła w ciasną perć, zdolną pomieścić zaledwie jednego człowieka. Peterson ogarniał niespokojnymi oczyma ponure zwisy skalne.

— Gdyby chcieli nas skrócić o głowę, mogliby to teraz zrobić bez skrupułu. Jesteśmy jak w kleszczach.

Gniewosz milczał. Apatyczne spojrzenia jego biegły przed siebie, w szyję parowu, gdzie w słabej poświetli migały półnagie postacie tubylców.

Tak przeszli linię nadbrzeżnych skał i znaleźli się po tamtej ich stronie, we wnętrzu wyspy. Na pierwszym planie rozkładała się teraz osada Itonganów, spowita woalami przedwieczornych dymów, w głębi modrzały w mgłach lasy palm, pandanów, drzew chlebowych i eukaliptusów, a w dalszej perspektywie rysował się potężny łańcuch górski ze strzelającym dumnie w błękit dwurożnym szczytem.

— Wulkan — zauważył Peterson. — I to w stanie czynnym.

Kłaczaste zwoje dymu wydobywały się leniwo z krateru i układały w równoległe ławice na jednostajnym błękicie nieba.