— Ci kolorowi gentlemeni — to pierwszorzędni smakosze. Zwłaszcza ta limoniada postawiła mnie na nogi. Teraz przydałyby się cygara lub przynajmniej papierosy.

Jakby spełniając to życzenie wyrażone po angielsku, Izana podawał im krótkie fajeczki, napchane już tytoniem.

— Hulloch! Całkiem po europejsku! — zawołał Peterson z entuzjazmem. — Jak w kawiarni przy Tower Street.

Chciwie wciągali obaj w płuca narkotyk. Wódz powstał od stołu.

— Teraz pozostawiam was samych. Odpocznijcie. Poza obręb tego domu nie wolno wam wydalać się. Gdybyście to usiłowali, ściągnęlibyście na siebie gniew mieszkańców tej ziemi. Wolno wam tylko usiąść na progu domu. Tylko w punhonua jesteście bezpieczni.

Wyszedł. Rozbitkowie obsunęli się leniwo na trzcinowe maty. Gniewosz z podłożonymi pod głowę rękami patrzył w wykrój okna, poprzez który zieleniała gąszcz świętego gaju. Wyczerpanie, egzotyzm środowiska i krajowców przez pewien czas podziałały na niego oszałamiająco. Przytępiły ostrze wspomnień, zagłuszyły świadomość wielkiej straty. Teraz przyszła reakcja. Rozwarła się czarna, zionąca bólem pustka. W zawrotnych jej kręgach zamierzchła na zawsze wizja ukochanej. Bezpowrotnie, nieodwołalnie. Zgasł po raz drugi miraż upojenia, zapadł się na wieki z trudem wzniesiony złoty dom szczęścia, Ludwiko! Ludwiko!

My old fellow40! — obudził go do rzeczywistości głos kapitana. — Należy zastanowić się nad sytuacją.

— Nie mogę.

— Więc pozwól przynajmniej, że cię w tym wyręczę.

— Słucham.