— Otóż przede wszystkim stwierdzam, że jesteśmy na wyspie duchów.

Gniewosz podniósł leniwo głowę.

— Wyspa nazywa się Itongo, a słowo to w jednym z narzeczy Oceanii oznacza ducha. Czyli: wyspa-duch.

— Co dalej?

— Według moich przypuszczeń wyspa ta znajduje się gdzieś w samym sercu olbrzymiej pustyni wodnej Pacyfiku, rozciągającej się między ostatnimi zrzeszeniami wyspiarskimi archipelagu wschodniej Polinezji a kontynentem Ameryki Południowej. Fala wymiotła nas na wulkaniczny wydmuch Oceanu Spokojnego mniej więcej pod 90 st. długości zachodniej a 30 st. szerokości południowej.

— Być może. Wszystko jedno.

Peterson zaczął niecierpliwić się. Był człowiekiem pozytywnym. Rozumiał wprawdzie motywy tej apatii, lecz ostatecznie, do licha, jest się mężczyzną i trzeba przystosować się do zmienionego stanu rzeczy. Ton, w jakim odpowiedział, był z lekka podrażniony.

— No, nie bardzo wszystko jedno. Przede wszystkim uwzględnij pan tę okoliczność, że wyspa Itongo należy do tych nielicznych zapadłych kątów oceanu, których nie znam. Rozumie pan doniosłość tego faktu?

Gniewosz podniósł brwi i na próżno silił się, by zrozumieć.

— William Peterson, wytrawny wyga morski, długoletni szyper marynarki handlowej w służbie Jego Królewskiej Mości Jerzego VII, od roku kapitan śp. parowca „Conqueror”, nie zna wyspy Itongo, zabłąkanego skrawka lądu na pustyni Pacyfiku — nie zna go, chociaż czuł się dotąd na tych wodach jak u siebie w domu przy Hollow Street pod nr. 4. Czy nie dziwne?