— Co takiego?
— Język i wygląd fizyczny mieszkańców.
Gniewosz okazał lekkie zainteresowanie.
— Porozumiał się pan z nimi od razu. Podziwiałem łatwość, z jaką to panu przyszło, kapitanie. Itonganie mówią jakimś znanym panu dobrze narzeczem.
— Otóż właśnie nie. Charakterystyczną cechą ich mowy jest zdumiewający eklektyzm. Pomieszały się tu wszystkie języki Oceanii, ha! żeby tylko Oceanii! Czy uwierzysz pan, że zdołałem w ciągu tej pogawędki wyłowić w tym wyspiarskim volapüku44 parę wyrazów rdzennie indyjskich, a nawet tu i tam kilka dźwięków z melodyjnej mowy Hiszpanów? Język Itonganów jest najprzedziwniejszym stopem narzeczy Oceanii, czerwonoskórych mieszkańców Ameryki Południowej i licho wie jakich jeszcze innych domieszek.
— Mimo to zorientowałeś się pan w tym chaosie dość szybko.
Peterson uśmiechnął się zadowolony.
— No tak. Mam pewne zdolności w tej mierze. Kwestia wprawy i długoletniego wsłuchiwania się. Rozmawiając z Izaną, miałem wrażenie, że odbywam językoznawczą podróż z wyspy na wyspę, z archipelagu na archipelag, z epizodycznymi wypadami w krainę Peru, Chile, Patagonii czy nawet Meksyku.
— Fenomenalny zlepek!
— Nie mniej fenomenalny typ ludzi. Itonganie zdradzają wszystkie cechy mieszańców, i to niepośledniej sorty. Na ogół sprawiają na mnie wrażenie typu Metysów zwanego cholo lub chino45. Jest to oryginalna kombinacja krwi polinezyjskiej z krwią Indian południowoamerykańskich, a kto wie, czy nie z przymieszką błękitnej krwi synów Kastylii.