— To by odpowiadało właściwościom eklektycznym ich mowy — wtrącił Gniewosz.
— Oczywiście. Żałuję bardzo, że nie ma tu z nami mego starego druha z Londynu, dr. Stirrupa, zapalonego folklorysty i etnologa. Ten by tu używał po uszy.
Rozmowę przerwało wejście Izany. Wódz żuł liście areki i wypluwał na podłogę sok goryczkowaty, żółto-czerwony.
— Biali bracia — zaproponował uprzejmie. — Los zdarzył, że zawitaliście do nas w święto huśtawek. Jeżeli chcecie, wolno wam przy moim boku przypatrzyć się tej pięknej dorocznej uroczystości.
Peterson powstał z maty zaciekawiony.
— A na cześć jakiego boga obchodzicie to święto?
— Święto huśtawek nie czci żadnego boga, lecz przyśpiesza wzrost zboża i roślin.
Kapitan zwrócił się do Gniewosza.
— Chodź pan przed chatę. Należy skorzystać z uprzejmości wodza. Zobaczymy coś w rodzaju magicznego przedstawienia. Jak widzę, pokutują na wyspie bardzo stare wierzenia i obrzędy.
Wyszli przed azylum. Rozległa łąka przed „punhonua”, zamknięta po lewej i prawej ścianą pandanowego lasu, roiła się już od ludzi. W blaskach zachodzącego słońca połyskiwały czerwonobrązowe torsy mężczyzn w narzuconych na barki ponchos, odsłaniała się w niewinnym bezwstydzie tropikalna uroda kobiet, kryjących wstyd swój pod wąską nabiedrzną przepaską „uluri”, utkaną z kory delikatnej jak batyst.