Rumi objęła rękoma sznury huśtawki i w takt melodii zaczęła się kołysać. Za jej przykładem poszły inne obrzędnice. Pięć huśtawek wahało się rytmem spokojnym, uroczystym. Chór dziewcząt zanucił pieśń:
— Pozdrowioną bądź, Wajrumati-Ziemio, którą poślubił bóg Oro, by stworzyć rodzinę! Błogosławioną bądź, Matko nasza w bólach porodu, w których wydałaś na świat synów nieba, Raugis, i dzieci ciemności, Papas. Rozdzielona z twym dostojnym małżonkiem przez wyrodnych synów, ślesz od wieków westchnienia ze szczytów gór ku Ukochanemu, a On, by ulżyć twej niedoli, łzawi na cię potokami dżdżów. O bądź nam łaskawa, Wajrumatri-Ziemio, i przyśpiesz wzrost plonów na polach i grzędach. Ojtali! Wajtupi! Ojtali! Wamar!
Postawa czterech obrzędnic na rogach czworoboku zmieniła się. Ściągnęły z bioder szafranowe „uluri” i pyszne w swej dziewiczej, wyzywającej nagości zaczęły wykonywać brzuchami i udami lubieżne, wyrafinowanie jurne ruchy. Tylko kapłanka Rumi kołysała się dalej na swej huśtawce równo, spokojnie, hieratycznie. Chór śpiewał:
— Jak bujnie, nęcąco prężą się piersi naszych dziewic pocałunków mężowskich spragnione — tak bujnie, bogato niech wyrasta na polach naszych kłos pszenicy taro i żyta, Ojtali, Wajtupi! Ojtali, Wamar!
— Jak obficie i słodko spłynie kiedyś młodziwo49 ich łon w usta niemowląt — tak obficie i słodko niech obrodzą nam role! Cukier, trzcina, ziemniaki, ryż, konopie i len! — Ojtalati, Wamuru! Wisznarwati! Tarmor!
— Jak lubieżnie, miłośnie rozchylają się biodra i podnoszą ich brzuchy za ciężarem mężów stęsknione, godzinę zapłodu czujące — tak niech się zapłodnią niwy nasze, ugory ciężarem kłosów zboża, owocami drzew i gęstwą pożytecznych krzewów. Owies, jęczmień, bawełna, tytoń, kawa, banany i jabłoni kwiat! Ojtalita, Karumi! Wiwirada, Ejmar!
— Oj kołysz się, bujaj, święta plonów huśtawko, pod nieba skłon, pod słońca kres! Im wyżej śmigniesz, im śmielszy zatoczysz krąg, tym wyżej strzelą źdźbła zboża, tym bujniej zlegnie pomiot ról. Ojtalita, Radumi! Fermagore, Wajor!
Tempo huśtawek zwolniało. Jeszcze kilka wahnięć i stanęły. Dziewczęta okręciły znów biodra przepaskami i zeskoczyły w ramiona czterech wojowników, którzy wśród okrzyków unieśli je w tłum. Tylko Rumi ześliznęła się ze swej huśtawki bez niczyjej pomocy i otoczona gronem dziewic odeszła ku trybunie, gdzie zasiadła na poczesnym miejscu wśród starszych i kapłanów. Jeden z nich, Marankagua, chudy i żylasty, o chytrym, przebiegłym spojrzeniu, powstał i dał znak siedzącym obok sześciu towarzyszom.
— Bracia magiczni! Idźcie spełnić waszą powinność! Rola złej wróżby czeka na was. Odżegnajcie klątewne tabu!
Kapłani przywdziali na twarze potworne, wykrzywione śmiechem maski i poszli w rytualny pląs: taniec rytmiczny na trzy kroki, na pół marsz wojenny z towarzyszącym mu pobrzękiem tarcz uderzanych brzeszczotami mieczy. Marankagua, naczelny czarodziej i kapłan, prowadził korowód taneczny i chwytał ostatnie rzuty słońca w owalną pawęż podobną do miedzianego zwierciadła. Gdy doszli do roli „obłożonej klątwą”, czarodziej podniósł magiczne lustro i zatrzymał poziomo nad głową.