— Bracia! — wskazał na kłosy różnorodnych gatunków zboża skupionych na prostokącie pola. — Na tej roli zebrałem wszystkie złe źdźbła i kłosy, które miały przynieść klęskę naszej ziemi. Niech każdy z was zje ziarno obłożone klątwą, niech przetrawi i zniszczy złowieszcze ich tabu w swym ciele i uwolni role Itongo od klęski nieurodzaju.

I dla przykładu zerwał najbliższy kłos pszenicy, wyłuskał ziarno i spożył. Na to hasło orszak braci magicznych rozsypał się po polu linią sierpa. Kapłani odrzucili maski i wśród dźwięków muzyki „oczyszczali” rolę.

— Oryginalna symbolika — rzekł Peterson, śledzący z zaciekawieniem ruchy braci. — Ci fanatyczni czciciele starych guseł i przesądów są zanurzeni po uszy w mrokach dawności. Tu każda czynność, każdy gest wymagający pewnej inicjatywy zdaje się być uzależniony od woli bóstwa czy ducha żywiołu. Zresztą nic w tym dziwnego. Jakże mogłoby być inaczej na „wyspie duchów”?

Gniewosz słuchał kapitana z odcieniem niechęci.

Tymczasem „ludzie magiczni” spełnili swe zadanie i przywdziawszy znów maski, wśród dźwięków muzyki zbliżali się ku „punhonua”. Uwaga krajowców skupiła się teraz na białych przybyszach. Kapłani pod przewodnictwem Marankagui otoczyli ich ochronną eskortą. Przestał grzmieć wielki „garramuta”, umilkły przeciągłe tony fujarki „kaura” i wśród uroczystej ciszy wieczoru, przeprowadzani przez całą ludność osady, ruszyli rozbitkowie w stronę wsi.

Charakter osiedla, podobnie jak powierzchowność i język tubylców, posiadał znamiona zbiorowiska mieszanego. Był to jakiś chaotyczny konglomerat, którego składniki zdawały się walczyć między sobą o przewagę i rolę przodowniczą. Bystro obserwujący wszystko Peterson stwierdził niebawem, że w osadzie Itonganów można było odnaleźć najróżnorodniejsze typy sadyb, począwszy od najprymitywniejszych bud, szałasów i wigwamów, a skończywszy na regularnie budowanych i krytych dachówką domach. I w architekturze mieszkań skojarzyła się indyjska Ameryka z czarną Polinezją, jak na idealnym pograniczu dwóch światów.

Uwagę Gniewosza pochłonął nowy, niezwykle malowniczy widok. Wylot ulicy biegnącej między rzędami domów zamykał budynek większy i ozdobniejszy od innych, łączący w sobie cechy charakterystyczne bytowisk wyspiarskich Pacyfiku i namiotów czerwonoskórych synów Nowego Świata. Środek rezydencji królewskiej, zbudowanej z drzewa eukaliptusowego i sosny „kauri”, wystrzelał w górę stożkiem indyjskiego wigwamu, skrzydła domu, pokryte dachem równym i płaskim, z wydłużonym jak w gontynach słowiańskich okapem, przypominały raczej sadyby niektórych mieszkańców Czarnego Archipelagu. Na tle tego oryginalnego domostwa rozłożyła się bajecznie kolorowa grupa ludzi. W pośrodku w otworze wchodowym wigwamu na podwyższeniu siedział w pozycji półleżącej w szerokim, rzeźbionym w nefrycie krześlisku sędziwy król Atalanga. Prawe skrzydło tronu i wyspa Kongo zajęła Rada Dziesięciu i synedrion50 kapłanów z Huanaco na czele, lewe obsadziła drużyna wodzów i wojowników. Zapadające już w ocean słońce grało rakietami blasków na ostrzach dzid, włóczni, rohatyn, przeglądało się po raz ostatni dnia tego w zwierciadłach puklerzy. Wieczorny wiatr, ciepły, aromatem ziół oddychający, szedł od skał nadbrzeża w równych rytmicznych odstępach, igrał łagodnie pękami piór na głowach mężów w rynsztunku bojowym i odpływał w głąb wyspy w zacisza lasów palmowych i święte gaje pandanów. Skądś, z oddali, z samego serca puszczy dolatywało gruchanie dzikiego gołębia.

Stanęli przed obliczem króla. Atalanga miał oczy przymknięte. Wychudła od starości i choroby twarz wydała im się dziecinnie małą w porównaniu do wymiarów torsu o silnie rozwiniętej klatce piersiowej. Głowa władcy przypominała w profilu maski egipskich faraonów z trochę ostrzej zaakcentowaną linią orlego nosa. Ciało starca miało barwę jaśniejszą od inkarnacji poddanych: odcień miedzi zmieszanej z cynobrem. Cała postać, złamana i wyczerpana do ostatecznych granic, zdradzała wyraźne znamiona zbliżającego się końca: cienie śmierci rozpięły już nad królem ponure skrzydła. A jednak, gdy nagle podniósł powieki i skierował na inżyniera spojrzenie czarnych, przenikliwych oczu, uczuł Gniewosz silny, przejmujący do głębi prąd psychiczny. Przez chwilę Atalanga badał przybysza wśród bezwzględnej ciszy.

— Tak — rzekł w końcu głosem cichym, choć wyraźnym. — Nie pomyliłem się. To jest ten sam człowiek, którego ujrzałem we śnie po prawej ręce mojego tronu.

Dźwignął się z trudem i podtrzymywany pod ramiona przez kapłanów powiódł oczyma po otoczeniu.