Ciszę nocy rozpruł ostry zgiełk głosów: niskie, gardłowe okrzyki mężczyzn i piskliwe biadania kobiet. Izana, dotychczas przysłuchujący się obojętnie niezrozumiałej dla siebie rozmowie białych, wybiegł z chaty. Nagle w drzwiach wykwitła postać prześlicznej dziewczyny w czerwonym staniku, niebieskiej spódniczce i płaszczyku spiętym na ramieniu broszą. Miała łzy w oczach i przerażenie w twarzy. Podeszła do Gniewosza i chwyciła go za rękę.

— Atalanga — rzekła, tłumiąc łkanie — mój pan i ojciec odszedł przed chwilą w krainę cieniów.

Peterson popatrzył na nią z współczuciem.

— Biedne dziecko. Straciła przed chwilą ojca. To księżniczka Rumi.

Gniewosz odruchowo otoczył ją ramieniem.

— Rumi, Rumi — powtórzył parę razy miękko.

Odsunęła się lekko i zwróciła do kapitana:

— Przyszłam was ostrzec przed Wielką Medycyną. Czarodziej Marankagua zazdrości Itonguarowi jego nowego stanowiska wśród moich braci i nienawidzi was obu. Miejcie się na baczności. Atahualpo, powtórz moje słowa w języku ojców twoich oblubieńcowi duchów.

Zanim kapitan zdążył spełnić jej życzenie, rozległ się szyderczy śmiech czarnoksiężnika.

— He, he, he! — śmiał się Marankagua na progu chaty. — Cóż to robi w domu białych braci królewska córa i kapłanka wielkiej bogini?