A gdy mu nikt nie odpowiedział, zmienił ton drwiący na surowy i twardy jak brzeszczot tomahawka:

— Twoje miejsce w świątyni, u boku strażniczki Wajmuti. Nie przystoi ci, dziewicy i kapłance, przebywać nocną porą w domu mężczyzn.

Rumi rzuciła krótkie spojrzenie na inżyniera i milcząc odeszła. Marankagua popatrzył na białych z wyzywającym uśmiechem. Lecz Peterson nie pozostał mu dłużny.

— Marankaguo — rzekł dobitnie, podkreślając każde słowo — nie wtrącaj się do cudzych spraw, a pilnuj lepiej swoich bożków, kapłanów i ceremonii. Radzę ci nie włazić nam w drogę.

— Taką silną już stopą stanęli od pierwszego dnia na ziemi ojców moich biali bracia? — zasyczał zjadliwie czarnoksiężnik. — Zobaczymy jutro, Atahualpo, czy twój przyjaciel przebędzie równie zwycięsko jak dzisiaj drugą próbę — trochę cięższą — próbę swojej siły.

Kapitan wskazał mu ręką drzwi.

— O to jesteśmy spokojni. A teraz pozostaw nas samych.

Gdy czarownik zniknął w ciemnościach nocy, Gniewosz i Peterson wyszli przed dom i usiedli na ławie pod okapem. Przez chwilę panowało milczenie. Przerwał je kapitan uwagą:

— Tak tedy umarł król Atalanga, wyznaczając przed śmiercią rolę częściowego swego następcy tobie, John. Tragikomiczny testament.

Gniewosz nie odpowiedział. Obserwował z zajęciem biały, haftowany rubinami iskier pióropusz dymu, wysuwający się cicho z krateru świętej góry.