— Wulkan Rotowera! — szepnął. — Wulkan Rotowera...

Pogrzeb

Nazajutrz wczesnym rankiem zebrała się w wietnicy53 w pośrodku wsi Rada Dziesięciu pod przewodnictwem arcykapłana Huanaki, by ułożyć porządek obrzędów pogrzebowych i omówić szczegóły żałobnego ceremoniału.

Tymczasem Wrumaroti, wdowa po wielkim królu, i jej trzy dorodne córki, jako najbliższe zmarłego i stąd obciążone niebezpiecznym dla otoczenia „tabu”, wzięły kąpiel oczyszczającą w świętej sadzawce Torana opodal świątyni boga Oro. Potem przywdziały białe szaty na znak żałoby i starannie wystrzegały się zbytniego zbliżenia do innych, by cień ich nie padł na nikogo i nie zaszkodził. Jako bowiem obłożone „tabu” wskutek śmierci ojca i męża uchodziły przez dni 7 za istoty nieczyste, których należało unikać. Z tego też powodu zaraz po wyjściu z kąpieli zamknięto wdowę w świątyni obok Torany, by wpływ żałobnicy, zgubny dla pozostających poza obrębem jej rodu, osłabić na czas niebezpieczny pierwszych dni siedmiu.

Po zarządzeniu tych środków ostrożności Marankagua wysłany z dwoma innymi szamanami do domu żałoby w obecności zgromadzonych tam tłumów zmienił imię zmarłego na Ayakuczo, by częste wspominanie właściwego imienia nieboszczyka przez poddanych nie przynęciło jego ducha z tamtego brzegu pomiędzy żyjących. Nawet psa ulubieńca i ukochanego konia królewskiego, Aśwatambę, przemianował czarownik, by ci, co pozostali przy życiu, przez przyzywanie tych zwierząt nie wywabili z zaświatów cienia ich właściciela. W końcu czterech wodzów wyniosło nieboszczyka z domu żałoby, każdy dźwigając na ramieniu jeden z czterech drążków feretronu, nie patrząc na króla i unikając dotknięcia zwłok, które powoduje dziesięciodniową nieczystość. A gdy już żałobnicy przekroczyli próg domu i mary zaczęły oddalać się ku „fejtoce”54, Marankagua przyłożył pierwszy do skrzydła królewskiej sadyby płomień żagwi. Zajęły się w lot przepojone żywicą sosnową węgary i stanęły słupem ognia. Trzech innych „ludzi pożarnych” podstąpiło z pochodniami pod pozostałe węgły domu i przeszczepiło im czerwoną moc żywiołu. Wśród jęków i zawodzeń płaczek spłonęła rezydencja króla Atalangi.

A on sam tymczasem z orlą głową wspartą na tarczy, z rękoma krzepko zaciśniętymi dookoła drzewca włóczni i tomahawku, nieczuły już i zimny na wszystko, zbliżał się powoli na barkach wiernych wodzów ku miejscu wiecznego spoczynku. Za marami sześciu wojowników w pełnym rynsztunku bojowym okrążało powolnym, tanecznym korowodem wielki bęben „garramuta” z wypalonym na nim wizerunkiem zmarłego, za tanecznikami szła kapela flecistów przygrywających na bambusowych kaurach i orszak płaczek, za tymi Rada Dziesięciu, kapłani, wodzowie, szamani i wojownicy, potem szary tłum mężczyzn i kobiet. Zamykała pochód w pewnym oddaleniu rodzina zmarłego, krewni i domownicy. Cienie ich, ile że dzień był słoneczny, a godzina już przypołudniowa, rzucały na drogę wizerunki ich mocne i wyraziste, jakby ostrzegając tych, co szli przed nimi, by mieli się na baczności.

Tak doszli do pierwszych drzew świętego gaju. Stąd do celu wędrówki było już niedaleko. Cmentarz bowiem władców północnej części wyspy Itongo, fejtoką zwany znajdował się w odległości jednej wiorsty od stolicy kraju, za trzecim lasem, po tamtej stronie rzeki Jatupi. Orszak przeszedł gaj pandanów55, minął las palm i eukaliptusów i przesunąwszy się przez głuchą aleję drzew mangrowiowych, wyłonił się na obszernej, kolistej, kurhanami królów pokrytej przestrzeni. Taniec i muzyka ustały. W ciszy południa umieszczono zwłoki w postawie siedzącej, twarzą ku wschodowi, w świeżo wykutej pieczarze. Obok złożono trofea wojenne, broń, dwa dzbany rzeźbione z jadeitu, jeden z wodą, drugi z mlekiem kokosu, i misę srebrną z potrawą „poi”; potem otwór groty zawalono kamieniem i obrzucono ziemią i darnią. Na szczycie kurhanu Huanako zasadził kazuarinę56, krzew żałoby i smutku. Modlitwy kapłanów nad świeżą mogiłą zakończyły pogrzebowy obrzęd.

Gdy już odeszli od grobu wodzowie i żałobnicy, wysunęła się z tłumu białym kwefem otulona kapłanka Rumi i z płaczem serdecznym przypadła do kurhanu rodzica. Prócz białych nikt na to nie zwrócił uwagi, bo wszyscy zajęci byli teraz przygotowaniami do stypy.

Na kolistym polu pomiędzy mogiłami, porosłym trawą, jaskrami i szkarłatnym draczem, zbijano naprędce stoły z tarcic sosnowych, rozstawiano donice z kokosowych skorup, flasze z dyń i tykwy, rozścielano maty i obrusy z mszystych liści pizangu. Dziewczęta, o ciałach koloru brązu i miedzi, półnagie, w przepaskach „paruru” z tappy-papierotki na rozłożystych biodrach, przelewały z cynowych dzbanów w kubki i puchary cierpki jabłecznik, wino palmowe i orzeźwiające w skwar letni „guarapo”, czyli limoniadę z trzciny cukrowej i cytryny, oszałamiający napój z owocu „algarobo”, który wolno pić tylko kobietom zamężnym, i odurzający trunek „awą” zwany.

Z półmisków pociągały oczy i podniebienia ponętne gojawy podobne do pomarańcz, o miąższu purpurowym i ziarnistym, posytne smaczliwki, których mięsowocnie soczyste i jędrne kryje skorupa skórowata i oleista, pizangi, pigwy, banany, pootwierane gościnnie, mlekiem słodkim wypełnione czary z kokosu, melony, pataty, rączkami młodych niewiast wypiekane placki z taro i orzechy ratta.