Włożył do ognia kawałek odłamanej gałęzi, zapalił i przyświecając nią sobie, wyszedł w kurytarz. Przy drzwiach nie było zasuwek, tylko zwykle, mocno już nadgryzione przez rdzę zakrętki. Umocnił je we wlotach i zakręcił. Potem wrócił do izby.
— Proszę być spokojną. Ani żywej duszy. Drzwi zakręciłem.
Pani Wanda dorzuciła do ognia chrustu.
— Ciekawa jestem, która też godzina. Musi być już późno, bo czuję ogromną senność.
— Dwunasta minęła. Rozścielę pani moją kurtkę na podłodze; za poduszkę musi wystarczyć pani pęk gałęzi przykryty jej świtką.
— A pan?
— Będę drzemał oparty o ten klocek i podtrzymywał ten znicz domowy.
— Ładna perspektywa!
— Cóż robić? Bywają gorsze sytuacje. Czyśmy nie młodzi?
Ogarnął ją oczyma adoracji. Rozmowę przerwał tym razsm wyraźny odgłos kroków. Ktoś chodził po sieni. Pani Wanda odruchowo chwyciła rękę Krzepniewskiego.