Tymczasem stypa miała się ku końcowi. Szeregi tancerzy i tancerek ściągały się z cmentarnego pola i ustawiały w orszak powrotny. Przy kurhanie Atalangi rozpalono wielkie ognisko, aby duch zmarłego, wyszedłszy z grobu nocną porą, nie drżał z zimna. Z obu stron mogiły postawiono straż honorową, która miała pilnować jej do rana. Marankagua w towarzystwie kilku kapłanów powycinał na drzewach dokoła kurhanu znaki, które miały na celu wprowadzić w błąd ducha króla i zmylić mu kierunek drogi, gdyby zapragnął powrócić do swojej ziemskiej sadyby i mącić żyjącym spoczynek nocnej pory. Gdy żałobnicy opuszczali fejtokę, objęły już ziemię cienie nagłej, podzwrotnikowej nocy. Na jej czarnym, aksamitnym tle gorzała posępnie czerwień ogniska, wyświęcająca z mroków sylwety strażników i kazuarin...
Itonguar
Do osady wrócił orszak pogrzebowy koło dziewiątej wieczór. Zanim Rada Dziesięciu zdołała zebrać się w wietnicy, wybuchł popłoch.
Ostre, krwawe światło przeszyło ciemności, rozległ się głuchy huk i ziemia zafalowała. Spojrzenia odruchowo podniosły się ponad linię borów, na pogodne, wygwieżdżone niebo, na które wytryskiwały z krateru świętej góry mietlice ognia, dymu i popiołów. Tłum zakołysał się.
— Rotowera się przebudził! Bogini Pele gniewa się na swoje dzieci! Gorze nam! Wulkan! Wulkan!
Zasłaniając twarze rękoma, ludzie rzucili się do bezładnej ucieczki w stronę morza. Niektórym strach podciął kolana i padali bezradnie na ziemię, inni zataczali się jak pijani lub osłupiałymi oczyma wpatrywali się w coraz to ognistsze siklawy świętej góry. Sytuację opanował Izana. Głosem donośnym a spokojnym kazał kobietom i dzieciom uciszyć się i cierpliwie czekać na otwartym pośród wsi majdanie na powrót mężów, których wezwał na naradę do wietnicy. Pele wprawdzie zagniewana, lecz obecność itonguara działa na nią uśmierzająco i Rada Starszych spodziewa się, że znajdzie sposób na zażegnanie nieszczęścia.
Słowa wodza podziałały jak oliwa na wzburzone odmęty. Ludzie opamiętali się, ścichli i powoli zaczęli gromadzić się na majdanie. Jakby na potwierdzenie tego, co mówił Izana, wulkan uspokoił się. Ustały podziemne wstrząsy i grzmoty, grunt przestał falować pod nogami i tylko słupy ognia zmieszanego z popiołem strzelały wciąż w górę i mąciły pogodę granatowego nieba.
W wietnicy rozpoczęły się obrady pod przewodnictwem Huanaki. Niespodziewany wybuch Rotowery wpłynął na ich porządek. Pierwszy wystąpił z wnioskiem Marankagua. Czarownik domagał się bezzwłocznego wysłania braci-błagalników, by ułagodzili gniew bogini Pele przez wrzucenie w otwór krateru kilku złotych monet. Następnie oświadczył szaman, że zapas tongi69 jest już na schyłku i że należy wyznaczyć „tongalerów”, którzy by zaraz nazajutrz rano udali się w góry na poszukiwanie cudownego ziela.
Oba wnioski przyjęto i uchwalono wśród hucznych oklasków. Z kolei podniósł się z miejsca Huanako i tak przemówił:
— Bracia kapłani, radni i wodzowie! Z radością i wzruszeniem głębokim przychodzi mi teraz wezwać was do wzięcia udziału w próbie siły nowego, cudownie nam przez Manu zesłanego itonguara. Ta próba będzie jednocześnie pierwszym od lat wielu zasięgnięciem rady zmarłych przodków naszych, błogosławionym na przyszłość nawiązaniem związków z duchami ojców. Izano, podaj itonguarowi kubek tongi, która zamknie na głucho przed światem bramy jego zmysłów, a otworzy mu podwoje tamtej strony. A ty, Atahualpo, wytłumacz białemu bratu, o co chodzi, i zapewnij go, że napój, który mu podajemy, nie odbierze mu życia.