Arcykapłan usiadł, a Izana przystąpił do Gniewosza z kubkiem odwaru z torebek nasiennych bielunia czerwonego, rodzaj opium, które miało ułatwić mu przejście w stan transu. Gniewosz, zachęcony przez Petersona, wypił. Skutek był niemal natychmiastowy. Inżynier zbladł i zaczął słaniać się. Kapitan obrzucił Izanę groźno-badawczym spojrzeniem. Lecz wódz uśmiechnął się i biorąc Gniewosza pod ramię, rzekł:
— Bądź spokojny, Atahualpo! Dusza itonguara przekracza w tej chwili próg rzeczywistości i przechodzi na tamten brzeg. Dlatego ciało chwieje się i zapada w sen. Pomóż mi wyprowadzić go do wigwamu70 duchów.
Z trudem udało im się podprowadzić Gniewosza do namiotu ze skór stojącego o parę kroków od domu narad. Gdy podnieśli kotarę pustego wigwamu i posadzili go na ławie pod ścianą, był już w pełnym transie. Izana uśmiechnął się z zadowoleniem:
— Itonguar śpi już snem świętym, a dusza jego ogląda twarzą w twarz oblicza zmarłych i rozmawia z duchami. Zostawmy go tu samego, Atahualpo. Nie wolno ludziom zwykłym przebywać w wigwamie, gdy śpi w nim tłumacz zaświatów.
Wyszli, zapuszczając za sobą kotarę od wejścia. Tymczasem dokoła namiotu duchów zebrały się rzesze ludu. Tłok był taki, że Izana musiał rozstawić straże. Na przestrzeni zamkniętej przez kordon wojowników dokoła wigwamu zajęli miejsca wodzowie i kapłani z Huanaką na czele. Blask pochodni trzymanych przez strażników padał na twarze podniecone oczekiwaniem, skupione, ciekawe lub niedowierzające. Tu i tam poprzez ciżbę masek ludzkich przeglądało oblicze ścięte uczuciem strachu lub wykrzywione ironią. Tylko spojrzenia kapłanów spokojne i zrównoważone ukrywały starannie właściwy stan duszy. Jeden Marankagua, stojący obok arcykapłana, nie silił się na zachowanie pozorów. Twarz jego ponurą, ciemnobrązową przebiegał bezustannie uśmiech szyderstwa.
Mimo ścisku panowało uroczyste milczenie. W ciszy słychać było pryskanie płonących żagwi i daleki szum morza.
Gdy Peterson z Izaną wyszli z wigwamu i donieśli starszyźnie, że itonguar zapadł w „sen święty”, nastrój pogłębił się. Wszyscy z zapartym oddechem utkwili spojrzenia w namiot...
Wtem zerwał się wicher. Przeszedł ponad głowami czekających ze świstem podobnym do wycia zgłodniałych szakali, potrząsnął czubatym szczytem wigwamu, załopotał kotarą i rozpłynął się w przestrzeni. A przecież na palmach dookolnych i figowcach przy wietnicy liść jeden nie zadrgnął, nie zakołysała się gałązka. Marankagua przestał się uśmiechać.
I przyszedł znów znikąd drugi i trzeci atak wiatru, zatargał namiotem, zawył jak stado wilków i sczezł bez śladu. I znów zaległa doskonała cisza. Nagle ściany wigwamu sfałdowały się i wydęły na zewnątrz jak balon. Zaskrzypiały żerdzie i krokwie, a wnętrze napełniło zmieszanymi głosami. Ze zgiełku wypadały od czasu do czasu poszczególne słowa, wyrazy i zdania w języku nieznanym. Urywki te zlewały się znów z bezładem dźwięków w chaos mętny i odurzający. Lecz pewne głosy brały coraz wyraźniej górę nad innymi i coraz silniej wyodrębniały się od reszty. — W końcu dwa wybiły się zwycięsko na powierzchnię i przygłuszyły inne: jeden metaliczny jak surma bojowa, drugi niski i głucho dudniący. Słowa wyrzucane przez niewidzialne usta stały się zrozumiałe. Były ujęte w język Itonganów. Głosy zdawały się spierać i o coś kłócić. Chciwe uszy słuchaczy wyławiały akcenty gniewu i groźby. Wreszcie głos niższy zamilkł i popłynęły falą dźwięków czystych a gromkich, ze spiżowej wydobytych piersi, słowa:
— Ludu nasz! Po przerwie wielu lat znów przyszliśmy wesprzeć cię radą i przestrogą. Itonganie! Pośród was jeden knuje zdradę przeciwko braciom swoim i rychło przyjdzie chwila, gdy połączy się z wrogiem waszym na zgubę kraju. Miejcie się na baczności i strzeżcie granic Południa! Gotujcie się do boju! Czas już niedaleki. „Taberany”71 krwi i żelaza opuściły już swe komysze i w rynsztunku bojowym, żądne ludzkich żywotów, unoszą się już nad waszymi głowami. Miejcie przezorność węża i męstwo jaguara. Do boju, bracia, do boju!...