Głos umilkł nagle przykryty piekielną wrzawą innych domagających się swej kolei. Wigwam trząsł się cały od prężącej się energii, która szukała ujścia. Dzikie okrzyki, potworne obelgi i przekleństwa krzyżowały się w zamkniętym wnętrzu niby rzuty dzirytów i tomahawków. W końcu wszystko umilkło i grobowa cisza zaległa namiot.

I wśród Itonganów była cisza grobu. Stali zasłuchani wciąż w umarłe dawno echa głosów. Pierwszy ocknął się Huanako. Podniósł drżącą ręką brzeg kotary i wskazały Izanie rozciągnięte w poprzek namiotu ciało itonguara:

— Zanieś go do jego tolda72, bo utrudzon wielce przez duchy.

Słowa starca podziałały jak zdjęcie czaru. Zawrzało w tłumie jak w ulu. Wśród gwaru i okrzyków rozstępujących się z czcią i trwogą ludzi wynieśli Peterson i Izana bezwładnie zwisającego im z ramion Gniewosza i złożyli na matach w chacie przeznaczonej dla itonguara. Małe światło kaganka padło na zmienioną twarz inżyniera, który miał oczy wciąż zamknięte i oddychał z trudnością. Strugi potu ściekały mu po policzkach. Rzęził głucho. Kapitan oparł głowę przyjaciela na swoich kolanach i usiłował wlać mu w usta gorzałkę z manierki. Gniewosz skrzywił się, wypluł płyn i otworzył oczy.

— Zostawcie mnie samego — rzekł słabym głosem.

Gdy wyszli, oparł się plecyma o ścianę i zapadł w zadumę. Zdarzenia ostatnich dni przeciągały przed nim jak miraże w tempie nieprawdopodobnie szybkim. Aż do chwili „próby siły” był w stanie psychicznego odurzenia. Cios losu, który wydarł mu żonę, oszołomił go, przytępiając wrażliwość na wszystko, co potem nastąpiło. Poruszał się i działał jak automat, popychany wolą kapitana. Skąpe odruchy instynktu samozachowawczego zatracały się bez reszty w tępym morzu obojętności. Raz tylko zarysował się ospale kontur myśli, że dziwnym zrządzeniem przypadku znów służy innym za pośrednika między dwoma światami. Ta myśl wywołała gest wewnętrznego sprzeciwu. Lecz i ten odruch zgasł zalany szarym, ciągnącym się jak maź grzęzawiskiem inercji. Teraz, po „próbie”, coś przełamało się w nim. Jakby jakieś tajemnicze prądy, przeszedłszy przez niego, pozostawiły po sobie ślad w postaci zaczynu, który pchnąć go miał na drogę inicjatywy. Obudziło się zainteresowanie dla nowego otoczenia. Współdziałała i młodość. Był mężczyzną zaledwie trzydziestoletnim. Rekonwalescencja duchowa przyśpieszyła proces ozdrowienia fizycznego. Po godzinie rozmyślań otrząsnął się z resztek odrętwienia i spojrzał oczyma pełnymi wzmożonej energii życiowej.

W tej chwili drzwi tolda odchyliły się i do wnętrza wśliznęła się bez szelestu Rumi. Uśmiechnęła się i położyła palec na ustach. Potem podała mu cynową czarkę z winem palmowym, zaprawionym sokiem gojawy.

Wypił, patrząc jej z wdzięcznością w oczy. Trunek pokrzepił go widocznie.

Ujął w dłonie jej rękę i przycisnął do ust. Cofnęła ją pomału przyjemnie zdumiona. Znać gest ten na wyspie nie był w zwyczaju. Lecz zrozumiała intencję.

— Marankagua! — szepnęła ostrzegawczo i wskazała mu tomahawk wiszący nad łożem.