— Pamiątka po wizycie tego łotra Marankagui — objaśnił go krótko. — Ale też dostał porządną odprawę.
Ziewnął, przeciągając ramiona:
— Jestem setnie zmęczony. Należy mi się dzisiaj dobrze zasłużony spoczynek.
— Well — odpowiedział kapitan, zaryglowując oba wejścia. — Chodźmy zatem spać. Od jutra czeka nas tu porządna robota. Dobranoc, John!
— Dobranoc, Will!
Zdrada
Był słoneczny poranek. Wnętrze puszczy, podobne do odwiecznego chramu, oddychało tajemnicą. Półmrok, powiernik istot zagadkowych, rozpinał tu zawsze zdradliwe więcierze. Szare ich, cieńsze od pajęczej przędzy nici wiązały się w niewidzialne supły pomiędzy pniami palm, drzew mangrowiowych i figowców. W dziedzinie półbrzasku snuły się cienie i kształty, kryły poza nabrzmiałymi w kształcie butelek trzonami flaszowców, przywierały do pokręconych wężowato korzeni igławy lub spłoszone przykucały w zbitych na kołtun i nie do rozwikłania zaroślach niebieskawego skrubu. Tam, spoza parości chlebowca, wyglądały czyjeś oczy dzikie, płochliwe a ciekawe, ówdzie, przez spławy mlekiem ociekającego krowieńca75, szarzał zarys postaci ni to ludzkiej, ni to zwierzęcej. Na strzelistych araukariach76 huśtały się żółto-zielone papugi kakapo i „keo” lub podskakiwał z gałęzi na gałąź bezskrzydły ptak „kiwi”. Po ziemi pełzały w fantastycznych skrętach kennedie i fiołkowe swanosy, z olbrzymich eukaliptusów zwieszał się szkarłatny lorantus.
Ze szczelin zabłąkanych tu wędrownych skał i głazów wystrzelał na wysokiej łodydze wielki jak ludzka głowa, czerwony waratah, dookoła pni rzewni, sagowców77 i pochutnika owijał się morderczy matopalo i dusił je powoli w pasożytniczych uściskach. Przecedzone przez dzikie oplącza lian, paproci, surmii78, drążni79 i ramienic80 słońce wpadało w zaułki puszczy poświetlą zmorowatą, zielonkawą, rozświecało na chwilę zakazane komysze i mateczniki, przedpotopowe zasieki i zastrzały i przerażone tym, co ujrzało, cofało się z powrotem. Tu, z tej zielonej matni, nigdy nie przemierzonej ludzką stopą, unosił się wieczyście czad rozkładających się zwłok roślinnych i zwierzęcych. Z czarnej lub brudnoczerwonej wody, zakisłej kożuchami prawieków, wywiązywały się opary ostre i zjadliwe i odpływały trującymi falami ku brzegom puszczy...
Na kraju boru, niedaleko stołecznej osady, kończyli poranne modły za powodzenie tongalerów, wysłanych przed miesiącem na poszukiwanie świętej rośliny. Szaman Wangarua odpasał z bioder rzemień spleciony z włókien tappy i rozwiązał trzydziesty z rzędu supeł, odpowiadający trzydziestemu dniowi wędrówki poszukiwaczy tongi. Usta modlących się przez chwilę umilkły i dusze ich przeniosły się w dal, ku braciom zbieraczom i ich wodzowi, który wedle umowy o tejże dnia godzinie rozwiązywał też trzydziesty supeł na swym rzemiennym kalendarzu. Tak to dzień po dniu ci, co pozostali w domu, śledzili pochód braci-pielgrzymów, a modły ich, życzenia i myśli towarzyszyły im w drodze, przynosiły szczęście w poszukiwaniach i utwierdzały na duchu. W tym samym czasie żony tongalerów, by podzielić z nimi na odległość niewygody i umartwienia podróży, wstrzymywały się od obfitego jadła, soli, kąpieli, wystrzegały się szybszych ruchów i biegania z obawy przed nadwyrężeniem ciała i zaszkodzeniem przez to nieobecnym mężom. Bo między małżonkami związek ciała i duszy silniejszy jest niż między ludźmi sobie obcymi i nieraz to, co spotyka jedno z nich, „odbija się” na odległość na drugim...
Tym razem podróż zbieraczy tongi przeciągnęła się poza zwykły czasokres i niepokój o ich losy nurtował serca oczekujących ich braci. Prócz tego były troski stokroć większe. Przepowiednia bliskiej wojny wyrzeczona ustami itonguara przed miesiącem zdawała się spełniać. Początkiem smutnych ziszczeń było zniknięcie szamana Marankagui nazajutrz po „próbie siły” i tryumfie tłumacza woli umarłych. Przebąkiwano o zdradzie.