Huanako w porozumieniu z Atahualpą, Izaną i itonguarem zarządził natychmiastowe zbrojenia. W ciągu dni 30 ściągnięto wojowników z wszystkich osad kraju, wykuto tysiące tarcz, wyostrzono bezlik tomahawków, włóczni i dzid. Od rana do późnej nocy grzmiały po kuźniach młoty i wykuwały na rozkaz białych wodzów nowe, nie znane dotychczas rodzaje broni. Potem przyszły próby robienia tą bronią i wielkie ćwiczenia bojowe pod osobistym kierownictwem itonguara i Atahualpy. Wypadły świetnie. Po jednej z tych gier wojskowych obaj biali zacierali ręce i śmiali się jak szaleni, a Atahualpa, jak zwykle zuchwały trochę i rubaszny, ośmielił się poklepać po plecach wodza Izanę.

Dzień dzisiejszy miał być ostatnim dniem przygotowań i miał się zakończyć ogólnym przeglądem sił zbrojnych. Toteż kapłani szli w zamyśleniu z miejsca modłów na majdan zebrań wojskowych. Tu oczekiwali ich już itonguar i Atahualpa, otoczeni świtą i zastępami wojowników.

Po miesięcznym pobycie na wyspie Gniewosz zmienił się ogromnie. Narzucona mu przez krajowców rola nie tylko nie skrępowała w niczym swobody jego ruchów, lecz owszem, spotęgowała poczucie pewności siebie i wyższości nad otoczeniem. Był naprawdę ich itonguarem, drogmanem zaświatów, kierownikiem pierwotnych i naiwnych umysłowości. W krótkim czasie opanował wybornie ich język i władał nim sprawniej niż niejeden tubylec. Ta łatwość w wyuczeniu się ich mowy przyczyniła się też bardzo do podniesienia go w oczach Itonganów. Przypisywali to wpływowi duchów, które znać otaczały go szczególniejszą łaską. Ucieczka Marankagui zazdrosnego o wpływy, zakrawająca na zdradę, wzmocniła jeszcze stanowisko itonguara. Uważano krok szamana za realizację jego przepowiedni. Z największym jednak uznaniem spotkała się energia, z jaką w przeciągu miesiąca przy pomocy Atahualpy zorganizował wojsko i przygotował kraj do wojny. Toteż chodził itonguar wśród nich skąpany w chwale jak w słońcu i krążyły pogłoski, że właśnie z powodu niego dotychczas odwlekano wybór króla. Podobno starszyzna obawiała się, by blask, jaki padał od jego postaci, nie przyćmił od pierwszej chwili nowego władcy. I nikt prócz Huanaki nie przeczuwał, że dzień dzisiejszy miał przynieść i pod tym względem rozstrzygnięcie.

Gdy już zebrały się tłumy i wodzowie uszykowali wojsko, itonguar wstąpił na pagórek w środku majdanu i uderzył włócznią o tarczę na znak, że chce przemówić. Szmery zgłuchły. Setki tysięcy oczu zatrzymały się na „kochanku duchów”. A on, wsparty na włóczni, wysmukły i muskularny jak młody bożek wojny, zawołał donośnie:

— Mężowie plemienia Itonganów Jasnych, nadszedł dla was czas próby.

Teraz złożycie dowody, żeście potomkami najstarszego rodu na ziemi, że w żyłach waszych płynie szlachetna krew wielkich wodzów i zdobywców. Oto wśliznęła się pomiędzy was jakaś jadowita żmija krwi niepewnej, złajniczej i podszywszy się, nie wiem jak, pod skórę szamana, przez wiele lat oszukiwała was podle. Teraz, gdy wola duchów położyła kres jego szalbierstwom, zrzucił przybraną skórę i zbiegł na Południe do waszych wrogów. Tą żmiją, tym zdrajcą jest Marankagua, który może w tej chwili bierze z rąk króla Czarnych, Tarmakorego, pieniądze za sprzedaną krew braci!

Słowa itonguara podziałały jak iskra na prochy. Posypały się gradem na głowę zbiega i zdrajcy przekleństwa i złorzeczenia. Dotychczas nikt publicznie nie ośmielił się rzucić kamieniem potępienia na szamana. Wstrzymywał ludzi zabobonny lęk przed jego zemstą i czarami. Teraz, gdy mieli za sobą powagę itonguara, nikt nie kładł tamy oburzeniu i rozwiązały się języki. Wszystkie oszustwa, wszystkie nieudane tricki i poronione zabiegi lekarskie Wielkiej Medycyny stanęły teraz pod pręgierzem publicznym.

— Taberany niech go strącą w przepaście Rotowery!

— Niech ugotuje swego dziadka!81

— Oszust jeden! Żonę mi na śmierć podkurzył ziołami!