I uścisnął rękę Czandaury.

Król w asyście świty, radnych i kapłanów ruszył ku świątyni Pele, by tu z rąk arcykapłana przyjąć insygnia władzy i błogosławieństwo.

Chram bogini miał kształt rotundy przykrytej płaskim dachem, z którego środka strzelał ku niebu ścięty stożek wieży naśladującej krater. Strop świątyni wspierał się na czterdziestu kolumnach, rozstawionych kolisto podwójnym rzędem. Jeden z nich opasywał przybytek bóstwa po stronie zewnętrznej i wraz ze stropem tworzył rodzaj przedsionka, drugi rząd kolumn obiegał dokoła wnętrze. Obie kolumnady rozdzielało przepierzenie z jaspisu, tworzące ścianę świątyni. W środku, w okrągłym zagłębieniu wyłożonym kostkami bazaltu, płonął wieczysty ogień podsycany ręką kapłanki i strażniczki. Na ścianach widniały rzeźbione i malowane wizerunki bogów i marmurowe tablice zapełnione pismem obrazkowym. W powietrzu unosiła się woń ziół i kadzideł.

Gdy orszak Czandaury wkroczył do gontyny, obie kapłanki zniknęły za zasłoną rozgradzającą wnętrze na dwie połowy. Huanako wrzucił do dymiącej obok ogniska urny szczyptę peruwiańskiego balsamu i zdjął ze ściany oznaki władzy królewskiej. Z naczynia buchnął niebieski dym i napełnił chram słodkimi woniami. Arcykapłan wdział na barki Czanduary poncho barwione w szafranie, głowę jego przyozdobił kołpakiem z błyszczącym nad czołem błękitnym soliterem84, a na palec średni ręki lewej włożył mu złoty pierścień. Król ukląkł i pochylił głowę. Starzec położył na niej obie dłonie i patrząc w niebo przeglądające przez otwór szczytowy, rzekł:

— Synu i królu mój, przyjm błogosławieństwo na drogę nowego żywota.

Wodzowie uderzyli włóczniami o puklerze. W świątyni rozległ się chrzęst żelaza na znak, że panowanie króla rozpoczęło się pod hasłem wojny. Ceremoniał był skończony. — Wszyscy wyszli. Król pozostał sam, by spędzić w świątyni godzinę na rozmowie z boginią Pele i duszą własną.

Gdy przebrzmiały echa ostatnich kroków, powstał i oparty o jedną z kolumn, wpatrzył się zamyślony w zwoje dymu wysnuwające się z urny. Był w szczególnym nastroju. Do niedawna igraszka w ręku sił nieznanych, młodzieniec wątpliwego pochodzenia, zawdzięczający wykształcenie i pozycję społeczną tajemniczym właściwościom, przykuty węzłami „wdzięczności” do obcego mu człowieka — dziś był królem. Na odległym wprawdzie, zapomnianym przez świat skrawku ziemi — jednak niemniej królem. I czuł się nim naprawdę. Oceniał w całej pełni wielkość władzy, którą rozporządzał. Jak mocarz trzymał w ręku zbiorową duszę swych poddanych, tę pierwotną, niemal dziecięcą, naiwnie prostą duszę. I zdawało mu się, że przejrzał ją na wylot, od serca do serca, od głowy do głowy, że zna ich wszystkich — tych czerwonobrunatnych braci, że przestali już dla niego być środowiskiem cieni i zagadek. Jak olbrzym z baśni położył ich sobie wszystkich na dłoni, zważył, zmierzył i może teraz nimi podrzucać jak żongler kulami. Z uśmiechem przypomniał sobie przestrogę Huanaki: „Gdybyś sprzeniewierzył się prawom tej wyspy i chciał pójść swoją drogą, będziesz miał przeciwko sobie i ludzi jej, i bogów”. — Naiwny, dobry starzec! Któż by „sprzeniewierzał się”, któż by łamał, jeśli można przekształcić, przerobić, nagiąć do swej woli? Po co druzgotać, jeśli można ulepić jak wosk wedle własnego upodobania? Zamiast przeskoczyć, czyż nie lepiej obejść?

I zaśmiał się cicho.

Zafalowała zasłona z zielonej tappy i z głębi chramu wyszła Rumi. Od ucieczki Marankagui nie widział jej ani razu. Teraz wydała mu się smuklejsza i jakby surowsza. Może miejsce dodawało powagi, może strój kapłanki, prosty i pozbawiony ozdób niewieścich. Patrzyła spokojnie wielkimi, słodkimi oczyma sarny. Skłonił się przed nią nisko.

— Księżniczko Rumi, jakżeś piękna w twej szacie surowej!